Kraj

Gorące muzeum

Bój o Muzeum II Wojny Światowej okiem profesora Machcewicza

Ekspozycja w Muzeum II Wojny Światowej Ekspozycja w Muzeum II Wojny Światowej Krzysztof Mystkowski / KFP
W spór o Muzeum II Wojny Światowej „dobra zmiana” zaangażowała historyków, polityków, dziennikarzy, a ostatnio służby specjalne.

Artykuł w wersji audio

Zdawałoby się, że praca w muzeum jest równie nerwowa jak w ogrodzie. Cicho, spokojnie i trochę nudno. Nie można tego mówić profesorowi Pawłowi Machcewiczowi, któremu Muzeum zabrało kilka lat życia i dużo nerwów oraz zdrowia. Ostatnim spektakularnym epizodem w pracy Pawła Machcewicza była wizyta w jego domu agentów CBA. Jak twierdzą, „zajrzeli przy okazji”, a śledczy z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku (zleceniodawca „wizyty”) wyjaśniają, że były to działania rutynowe. W rzeczywistości to robota polityczna mająca na celu zdyskredytowanie Machcewicza i udowodnienie mu na siłę „działania na szkodę Muzeum”.

Jak to wszystko wyglądało, jeszcze przed najazdem służb, można się dowiedzieć z książki, którą profesor właśnie wydał. Niby opinia publiczna miała okazję śledzić wieloletnią batalię o Muzeum II Wojny Światowej, a już zwłaszcza po 2015 r., gdy „nowa zmiana” przystąpiła do ostatecznego ataku. Jednak autorska kronika zdarzeń, spisana przez byłego dyrektora tegoż Muzeum, ma walory nie tylko poznawcze, lecz także inne, nawet historiozoficzne. Bo to jest rozprawa o polityce historycznej, o rozumieniu i odczuwaniu patriotyzmu, o sensach i potrzebach uprawiania historii.

Te myśli pojawiają się na marginesie i na końcu fabularnej opowieści, zamykają dramatyczną historię zakładania i budowania Muzeum, potem walki o jego ekspozycje i wystawy, pod nieustannym ogniem Ministerstwa Kultury, ministra i wiceministrów, zwłaszcza jednego, usłużnych publicystów prawicowych oraz niektórych historyków. Ba, pod ogniem Jarosława Kaczyńskiego, który ostrzał zaczął prowadzić już na wstępnym etapie wyłaniania się idei Muzeum II Wojny Światowej, czyli w 2008 r.

Muzeum wedle słów prezesa PiS miało służyć „dezintegracji narodu polskiego”. Te słowa nie słabły, a wręcz się nasilały, gdyż nie tylko sam prezes przez następne lata nie spuszczał z tonu, ale został wsparty przez innych polityków PiS oraz cały front ideologiczny. A więc można było usłyszeć i przeczytać, że Muzeum jest „kosmopolityczne”, nie jest „polskie”, prezentuje „pseudouniwersalizm”, „służy interesom Berlina i Brukseli”, jest dowodem na „zaprzaństwo”. Skąd się to wzięło, jeśli Muzeum w 2008 r. istniało tylko w zarysie, jako mglista idea, wstępna decyzja?

Wszystko się zaczęło od artykułu, który Paweł Machcewicz opublikował w „Gazecie Wyborczej”. Pisał w nim o narastającej w Niemczech tendencji do skupiania uwagi opinii publicznej na cierpieniach Niemców w czasie wojny i bezpośrednio po niej, o wkomponowywaniu tzw. wypędzeń w procesy długofalowe, w Europie poczynając od wojen bałkańskich z lat 1912–13. W ten sposób wypędzenia mogły być wyłączone z kontekstu drugiej wojny światowej, niemieckiej agresji i zbrodni, a bez nich przecież przesiedleń nie byłoby w ogóle. Wobec tej swoistej reinterpretacji i pojawiającej się w Niemczech idei utworzenia w Berlinie nowej instytucji muzealnej, która reprezentowałaby ten punkt widzenia, Machcewicz zaproponował założenie w Polsce Muzeum II Wojny Światowej. Miało ono być niejako odpowiedzią polemiczną na inicjatywę berlińską, ale przede wszystkim miało zaproponować własną opowieść o drugiej wojnie światowej, tak by uwidocznione zostało doświadczenie Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, nieznanych powszechnie w zachodniej części kontynentu i Stanach Zjednoczonych. Późniejsze wędrówki Machcewicza i jego współpracowników po wybranych i poświęconych wojnie muzeach na całym świecie doskonale tę tezę potwierdziły.

Chodziło zatem o pokazanie uniwersalnego wymiaru tej w końcu „światowej” wojny, o zbudowanie opowieści zrozumiałej dla wszystkich z Europy i poza nią. „W takim muzeum – pisał Paweł Machcewicz – którego dotąd nie ma w Europie, byłoby miejsce na pokazanie pełnego doświadczenia wojny, w tym widzianej z perspektywy narodów, które doznały totalitaryzmu nie tylko nazistowskiego, ale i radzieckiego”.

Na ten artykuł natychmiast zareagował Donald Tusk, właśnie rozpoczynający swoją drugą kadencję premierowską i szykujący się do wizyty w Berlinie i do licznych wywiadów zagranicznych. Machcewicz został zatem poproszony o rozwinięcie idei proponowanego Muzeum, jako także odpowiedzi na inicjatywę niemiecką utworzenia w Berlinie stałej ekspozycji, jak to nazywano, „widocznego znaku”. Profesor w specjalnym raporcie dla premiera napisał: „Ponieważ prawdopodobnie nie uda się uniknąć jakiejś formy stworzenia »widocznego znaku« w Berlinie, konieczne jest, aby strona polska wysunęła w tym »sporze o pamięć« własną inicjatywę, pokazała, że mamy swoje koncepcje, niesprowadzające się tylko do negacji projektów niemieckich”. Trzeba dodać, że ta korespondencja przebiegała między historykami, obydwaj mieli naukowe i osobiste powody, by na drugą wojnę światową patrzeć w sposób wyostrzony.

I poszło. W skrócie: zapadła decyzja, by Muzeum budować, by na jego czele stanął Paweł Machcewicz, celowo umocowany jako doradca przy premierze, i by siedzibę ulokować w Gdańsku. Szybko poszło także dlatego, że nowy dyrektor dobrał znakomity zespół współpracowników i kolegów, wszyscy plus minus 40-letni, ale już z dużym dorobkiem naukowym. Warto wymienić choćby Rafała Wnuka, Janusza Marszaleca, Piotra M. Majewskiego; będą w następnych latach często i w sposób znaczący brali udział w dyskusjach naukowych i publicystycznych. Ale to nie wszystko. Nad Muzeum czuwała specjalna „rada mędrców”, do której zostali zaproszeni wybitni uczeni z całego świata, a znani i jako specjaliści, autorzy książek o historii Polski i o wojnach światowych, tacy jak choćby Norman Davies, Timothy Snyder, Krzysztof Pomian.

Paweł Machcewicz zdaje solidne sprawozdanie z wieloletniej pracy organizatorskiej, z poszukiwania pożądanego projektu architektonicznego, wybierania konkretnej lokalizacji dla Muzeum, wreszcie z budowania niezwykłego doprawdy obiektu, co oczywiście przebiegało z dużymi kłopotami, awariami i przykrymi niespodziankami. I wreszcie z procesem tak wyłaniania się koncepcji wystawienniczej Muzeum, jak i zbierania odpowiednich eksponatów oraz ich opracowania. Nawet nie chodziło tylko o odpowiednie przedstawienie i opisanie wybranych eksponatów, lecz o stworzenie wielowątkowej przestrzeni komunikacyjnej, żywej w kontakcie z odbiorcami i otwierającej się na ich potrzeby poznawcze i emocjonalne. Zwiedzanie najbardziej znanych i nowoczesnych muzeów na świecie pozwoliło przejąć wiele rozwiązań i pomysłów, ale też wyraźnie zaznaczyć własne doświadczenie i polską nowatorskość.

Fakt, że to Donald Tusk podjął decyzję o budowie Muzeum, był oczywistym powodem, by Jarosław Kaczyński zareagował negatywnie. Prezesowi PiS zdawało się – jak można zakładać – że to on wyłącznie ma prawo stawiać muzea w Polsce, wedle polityki historycznej, której zarysy były znane od kilku lat. Poza tym to akurat Muzeum miało szansę stanąć do swoistej konkurencji z Muzeum Powstania Warszawskiego, którego sukces w odbiorze społecznym był pouczający i zachęcający politycznie, a które do dzisiaj uchodzi za wzorotwórcze i za powód do chwały tak prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak i całego PiS.

I nawet to, że planowane Muzeum było w oczywisty sposób przeciwstawne niemieckim próbom stawiania „widocznych znaków”, nie przeszkadzało w wysuwaniu oskarżeń, że tak naprawdę będzie ono realizować oczekiwania Berlina, że rozwodni polskie racje w jakimś europejskim morzu, że nie odda wyjątkowości polskiej martyrologii i dzielności wojennej. Jarosław Kaczyński dość regularnie wracał do krytyki Muzeum, a w przerwach swoje pisali dziennikarze i historycy, wrażliwi – jak to się mówi – na racje narodowe. Niektórzy z nich już po 2015 r. pisali też wewnętrzne recenzje dla profesora Piotra Glińskiego i Jarosława Sellina, aktywni tu byli zwłaszcza Piotr Semka i Jan Żaryn, z pełną świadomością, że piszą uzasadnienia dla wydanego przez ministerstwo wyroku.

Wyroku o zlikwidowaniu Muzeum w kształcie osiągniętym i wyrzuceniu z niego ekipy Pawła Machcewicza, z nim na czele („Paweł jest trupem” – miał powiedzieć ktoś komuś, kolega historyk koledze historykowi, czego można się dowiedzieć z książki). Machcewicz w swojej książce pokazuje, jak i w jak odrażający sposób był atakowany i oskarżany oraz jak, już w nowych realiach politycznych, uaktywnił się front usłużnych wykonawców i przebierających nogami karierowiczów. Są nazwiska. Są też nazwiska tych, którzy zachowali się godnie i odważnie, a było ich niemało.

Wyrok został wykonany wiosną 2017 r., z pewnymi zahamowaniami i opóźnieniem, co pozwoliło ekipie Machcewicza zakończyć budowę, a przede wszystkim pokazać się światu, ku powszechnemu zachwytowi i wdzięczności wielotysięcznej publiczności, która szturmowała drzwi Muzeum. Teraz jest czas wycofywania na różne sposoby fragmentów pierwotnej ekspozycji, zapowiadane są korekty i uzupełnienia, podążające za polityką historyczną PiS, szlakiem żołnierzy wyklętych i wielkich czynów bohaterskich, i specjalnie dobranych Polaków.

Machcewicz próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, czego stał się ofiarą, na jakim froncie poległ, o co w istocie chodziło? Jakie przeciwstawne racje się pojawiły, jakie punkty widzenia zderzyły się ze sobą?

Po pierwsze, dostrzegł konfrontację polonocentryzmu ze spojrzeniem szerszym, w którym doświadczenie polskie – jakkolwiek szczególne i zasadnie wyjątkowe – pokazywane jest w kontekście uniwersalnym, na tle innych, z wszystkimi różnicami, ale też i podobieństwami. „Myślę, że ataki na »europejski«, »międzynarodowy« charakter Muzeum II Wojny Światowej trzeba widzieć jako część wzbierającej w ostatnich latach fali izolacjonizmu, nacjonalizmu, a nawet ksenofobii”.

Po drugie, chodzi o odrzucanie „cywilnej” perspektywy wojennej jako gorszej, mniej istotnej od perspektywy żołnierskiej: „to lekceważenie perspektywy ludności cywilnej oddaje ugruntowane w Polsce przekonanie, że militarno-powstańcza część naszej tradycji jest ważniejsza, bardziej wartościowa niż inne, bardziej »cywilne« sposoby służby krajowi i wspólnocie narodowej”. I wreszcie trzeci wymiar tej wojny o Muzeum i jego treści, bardziej politologiczny. Czyli interwencje i ingerencje, decyzje polityków. „W demokratycznej Polsce nigdy wcześniej nie było tak głębokiej ingerencji polityków w sferę historii i nie zostały podjęte tak drastyczne działania wobec instytucji kultury”.

Można to uzupełnić jeszcze jedną obserwacją. W lipcu 2017 r., gdy ludzie w Polsce wychodzili na ulice w obronie sądów, a jeden z sądów zajmujących się, na wniosek rzecznika praw obywatelskich, sprawą Muzeum II Wojny Światowej miał wątpliwości co do procedur prawnych zastosowanych przez władzę, przemówił Jarosław Kaczyński: „To jest muzeum, które wpisuje się w niemiecką politykę historyczną. Kiedy my to chcemy zmienić i kiedy minister kultury to zmienia, to rzecznik praw obywatelskich zaskarża to do sądów i sądy nakazują, by te zmiany były wycofywane. (…) Taką mamy dzisiaj w Polsce sytuację i stąd ta reforma sądownictwa, do której ciągle wracamy”.

Machcewicz: „A więc wszystkie wątki zostały wreszcie połączone: muzea, fobie wobec innych narodów, polityka historyczna i sądy”. Bo jak zauważył już Stalin, nie ma spraw osobnych, wszystkie są ze sobą powiązane.

***

Paweł Machcewicz, Muzeum, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2017, s. 304

Polityka 49.2017 (3139) z dnia 05.12.2017; Społeczeństwo; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Gorące muzeum"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Szkoła bardzo szkodzi. Uczniom, demokracji, światu

Rozmowa z dr. Mikołajem Marcelą o fatalnych skutkach kultywowania XIX-wiecznej formuły szkoły, wychowywaniu do autorytaryzmu i o tym, jak można to zmienić.

Jacek Żakowski
18.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną