Jak się mają polskie sprawy

Nasza mała apokalipsa
Narasta poczucie beznadziei i coraz częściej nam się wydaje, że ta „dobra zmiana” już nigdy się nie skończy. Ale to znak, że wszystko z nami w porządku i reagujemy jak każde polskie pokolenie w opresji. Na szczęście już przyszłoroczne święta będą znacznie weselsze.
Cmentarz wartości pogrzebanych przez rząd PiS — instalacja pod Sejmem zorganizowana przez Stowarzyszenie Libertariańskie (RIP, łac.: Requiescat In Pace, niech spoczywa w pokoju).
Krystian Maj/Forum

Cmentarz wartości pogrzebanych przez rząd PiS — instalacja pod Sejmem zorganizowana przez Stowarzyszenie Libertariańskie (RIP, łac.: Requiescat In Pace, niech spoczywa w pokoju).

Inwencja rządzących w ułatwianiu sobie życia pozakonstytucyjnymi drogami na skróty nie ma granic, a nam coraz częściej brakuje słów.
Marek Lapis/Forum

Inwencja rządzących w ułatwianiu sobie życia pozakonstytucyjnymi drogami na skróty nie ma granic, a nam coraz częściej brakuje słów.

Ostatnimi czasy powróciły nawet znajome kody romantyczne. Najwyraźniej zaznaczyły się po tragicznej śmierci Piotra Szczęsnego.
Chris Niedenthal/Forum

Ostatnimi czasy powróciły nawet znajome kody romantyczne. Najwyraźniej zaznaczyły się po tragicznej śmierci Piotra Szczęsnego.

1.

Zaczęliśmy ten rok od burzliwych protestów pod Sejmem, propagandowo ochrzczonych przez władzę mianem „puczu”. Później była absurdalna szarża polskiej dyplomacji na Donalda Tuska, zwieńczona spektakularną klęską PiS i sondażowymi spadkami tej partii. Przez chwilę nawet się wydawało, że okres tak wyraźnej dominacji formacji rządzącej wreszcie zaczyna dobiegać końca. Tym bardziej że wkrótce Tusk odbył po Warszawie swój triumfalny spacer i jego mit pogromcy Kaczyńskiego jakby zaczął się odradzać.

Powiewy optymizmu później jednak osłabły. Sezon letni PiS znów otwierał demonstracją swej potęgi na kongresie w Przysusze. A zaraz potem poszedł za ciosem i w samym środku wakacji ruszył z blitzkriegiem na sądy. Lipiec okazał się jednak wspaniały; skala oporu społecznego przeszła wszelkie oczekiwania. Nagle ujawnili się młodzi liderzy, pojawiła nowa estetyka protestu. Wreszcie prezydent zawetował sądowe ustawy. Przewidywano, że jedność obozu władzy na dobre pękła.

Przeciwnicy PiS z niecierpliwością wyczekiwali jesiennych efektów sondażowych. Lecz słupki ani drgnęły. Nic dziwnego, że pacjent wylądował na samym dnie depresji.

Tymczasem rząd leniwie się rekonstruował, prezydent gawędził z prezesem o nowych ustawach sądowych, ministrowie się podgryzali. Nas przy tym jakby w ogóle nie było. Ostatecznemu uderzeniu w sądownictwo towarzyszy teraz – w porównaniu z latem – ledwie szmer społeczny. Stary rząd ma nowego premiera, PiS dobił w sondażach do granicy 50 proc. A chmury nad nami ołowiane.

2.

Tak ponuro jak teraz jeszcze nie było. Akumulatory z energią społeczną przestały się ładować. Wszystkie strategie reagowania na ekscesy „dobrej zmiany” najwyraźniej się wyczerpały.

W parlamentarnym walcu opozycja, choć stara się reagować na projekty forsowane przez władzę, cierpi na brak istotności. Debat i tak mało kto słucha. Rytualne wnioski o wotum nieufności spowszedniały. Czasem słychać, że przydałoby się mniej fajerwerków, a więcej rzeczowej krytyki ustaw rządowych, własnych projektów (byle nie populistycznych), postawienia na eksperckość. Rzecz jasna zawsze przydałoby się tego więcej, lecz nie spodziewajmy się cudów. W naszym rozchwianym świecie już nie wygrywa się wyborów mądrymi rozwiązaniami. Któż dziś zresztą ufa ekspertom?

Liczyliśmy, że UE pomoże wyjść polskiej demokracji z opresji. I faktycznie, nie sposób jej zarzucić, że umyła ręce. Tyle że – jak się okazuje – Europa, poza niekończącymi się upomnieniami i ostrzeżeniami, niewiele może. Zostają nam jeszcze mobilizacje obywatelskie. Które raz są, a raz ich nie ma. I nigdy nie wiadomo, co może ludzi wyciągnąć na ulice. Wyglądamy kolejnych wielkich mobilizacji, choć nie mamy już złudzeń, iż zmieniają one układ sił.

Inwencja rządzących w ułatwianiu sobie życia pozakonstytucyjnymi drogami na skróty nie ma granic, a nam coraz częściej brakuje słów. Tak jakby wszystko już zostało powiedziane, natura państwa pisowskiego dawno rozebrana na części. Wybrzmiały najradykalniejsze diagnozy i najbardziej ponure historyczne analogie. Nasz język stał się przewidywalny, przestrogi zbanalizowały się. Zamiast docierać do sumień, dostarczamy argumentów rządowej propagandzie czujnie tropiącej przejawy „kłamliwej histerii”.

3.

Mamy problem ze zdefiniowaniem samych siebie. „My” – czyli kto? Jedni mówią, że bronimy demokracji. Miało to sens na początku kadencji, gdy atakując Trybunał Konstytucyjny, formacja Kaczyńskiego radykalnie wyszła poza obszar przedwyborczych zobowiązań. Były więc poważne argumenty pozwalające kwestionować mandat PiS nie tylko na chybotliwym konstytucyjnym gruncie. Dziś one są jednak zużyte. Poparcie dla rządzących rośnie (a przynajmniej nie spada), zresztą niejeden sympatyk PiS dopiero po 2015 r. naprawdę docenił demokrację jako rządy większości. Jakże jej więc bronić, kwestionując zdanie tejże większości?

Inni precyzują, że chodzi nam o liberalną demokrację. Czyli, inaczej mówiąc, o nasze państwo, o III Rzeczpospolitą. Z jej zestawem konstytucyjnych reguł gwarantujących wolności obywatelskie, prawa mniejszości, neutralność światopoglądową. Toteż bronimy do upadłego niszczonych przez władzę instytucji, które dotąd gwarantowały przestrzeganie tych wartości i zapewniały ustrojową równowagę. Cóż jednak począć, jeśli dla znaczącej części Polaków nasze wartości są abstrakcyjne? Albo wręcz okazują się antywartościami, gdyż uparcie rozbijają wspólnotę na jednostki, czyniąc ludzi samotnymi. Tym samym instytucje liberalnej demokracji, dla nas kluczowe, w oczach ogółu nie są godne poważnej troski. Wyborca PiS deklaratywnie ceni demokrację równie gorąco jak my. Lecz nasze upieranie się przy Trybunale Konstytucyjnym jest dla niego wyrazem niezrozumiałego fanatyzmu. Patrzy na obóz liberalno-demokratyczny jak na dziwaczną sektę, która oderwała się od realnego życia i wielbi totemy. Bo przecież państwo przede wszystkim powinno organizować elementarne wymiary życia obywateli: zapewnić bezpieczeństwo, opiekę lekarską, minimum środków do godnego życia, mieszkanie, emeryturę na starość.

Wedle dominującej opinii III RP nie wywiązywała się należycie z tych obowiązków. Odruchowo wielu z nas sprzeciwia się tej krytyce, choć nie ma to większego sensu. Pacjent oczekuje od doktora lekarstwa na złe samopoczucie, a nie uspokajającej diagnozy, że nic mu nie jest. Podobnie wyborca od polityka. Ból z zasady jest subiektywnie odczuwany. Ewentualnie można komuś współczuć, lecz wspólnota nieodczuwających nie jest możliwa. Trudno zresztą zaprzeczyć faktom. Obrońcom III RP obiektywnie lepiej się w niej żyło, ich elementarne potrzeby były zaspokojone. Nie tęsknili więc do wielkich wspólnot, z którymi musieliby dzielić się owocami osobistego sukcesu. Stać ich za to było na pielęgnowanie wartości wyższego rzędu: ustroju, prawa, swobód. Prawica bezwzględnie to wykorzystuje, czyniąc beneficjentów III RP elementem patologicznego układu, kasty, elit.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną