Działania prezydenta i PiS to rozmyślna manifestacja lekceważenia Brukseli
Prezydenckie projekty rzeczywiście nie są tym samym, czym były projekty PiS. Są groźniejsze.
Prezydent Andrzej Duda słuchający exposé premiera Mateusza Morawieckiego.
Slawomir Kaminski/Agencja Gazeta

Prezydent Andrzej Duda słuchający exposé premiera Mateusza Morawieckiego.

Unia ogłosiła wszczęcie wobec Polski procedury z artykułu 7 traktatu o UE, a zaraz potem prezydent Andrzej Duda w naprędce zorganizowanym wystąpieniu ogłosił, że podpisuje ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym.

Właśnie te dwie ustawy, łącznie z podpisaną w lipcu zmianą ustawy o ustroju sądów powszechnych, tak bardzo zaniepokoiły Unię, że spowodowały przejście do przedostatniego, przed odebraniem Polsce głosu w Komisji Europejskiej i Komitecie Ministrów UE, kroku procedury ochrony praworządności. To, że prezydent RP ogłasza podpisanie ustaw o KRS i SN tuż po ogłoszeniu tego kroku przez wiceprzewodniczącego KE, wygląda na rozmyślną manifestację lekceważenia Komisji, samej Unii i jej prawa.

Politycy PiS komentowali zresztą potem w mediach, że unijni urzędnicy są sterowani „ideologią” i że sami nie rozumieją unijnego prawa i jej wartości. A to właśnie Polska Jarosława Kaczyńskiego te wartości interpretuje właściwie i modelowo wdraża.

Nastąpi „demokratyzacja” wyboru sędziów?

Prezydent Duda sporą część swojego środowego wystąpienia poświęcił na łajanie sędziów, że nie dość ofiarnie służą ludziom. I pouczał, jak powinni to robić. Przekonywał, że dzięki „jego” projektom, które właśnie podpisał, polskie sądy się zmienia, a sędziowie przestaną być „kastą” i zaczną pełnić funkcję służebną. Nie wyjaśnił, w jaki sposób ustawy się do tego przyczynią. Poza jednym: że nastąpi „demokratyzacja” wyboru sędziów. Nie będą się wybierali sami, zrobią to za nich politycy. Tak, jego zdaniem, powinien prawidłowo wyglądać trójpodział władzy. Nie zaproponował jednak, by w ramach symetrii np. sędziowie wybierali parlamentarzystów, rząd czy prezydenta.

Prezydent stwierdził, że ustawy, które podpisuje, zasadniczo różnią się od tych (pisowskich), które zawetował. Że osiągnął to, co chciał: skargę nadzwyczajną i zmniejszenie władzy prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości. W ten sposób przekonywał opinię publiczną, że nie został ograny przez prezesa PiS, bo ugrał, co chciał.

Jeśli tyle chciał, to rzeczywiście ugrał. Chociaż władza w Sadzie Najwyższym, którą dostaje, nie jest taka, jak chciał. Na wszystkich swoich decyzjach – np. o ustanowieniu regulaminu SN, decyzji, czy sędzia może dalej sądzić po osiągnięciu wieku stanu spoczynku, czy powołaniu tymczasowego Pierwszego Prezesa SN i prezesów izb SN – będzie musiał mieć podpis premiera, czyli kontrasygnatę. A więc zrobi tyle, na ile pozwoli mu prezes Kaczyński. Cóż, prezes partii rządzącej to zawsze wyżej niż minister Ziobro, więc większy honor dla prezydenta...

Prezydenckie projekty rzeczywiście nie są tym samym, czym były projekty PiS. Są groźniejsze, i to dla całego stanu sędziowskiego, a więc całego wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Nie tylko pozwolą PiS na obsadzenie jego ludźmi większości miejsc w Sądzie Najwyższym i decydować o dopuszczaniu do zawodu sędziego i o sędziowskich awansach w całym sądownictwie, ale pozwolą też eliminować z zawodu konkretnych sędziów, którzy się partii rządzącej narażą. A to dzięki przepisowi, który pozwala wszcząć postępowania dyscyplinarne w sprawach prawomocnie już osądzonych (nie ma cezury czasowej) lub przedawnionych. A także – prezydentowi, za zgodą premiera – wyznaczać nadzwyczajnego rzecznika dyscyplinarnego do rozprawienia się ze wskazanym przez władzę sędzią. Takiego sędziego osądzi wybrany przez PiS skład sądu dyscyplinarnego. I może orzec wydalenie z zawodu. A przedtem, na czas postępowania – odsunięcie od sądzenia, co może być jedną z metod odbierania wrażliwych politycznie spraw politycznie niepewnym sędziom.

Po 30 latach wracamy do PRL

Po blisko 30 latach wracamy do organizacji sądownictwa, którą mieliśmy w PRL. Dokładnie. W PRL sądy działały bowiem normalnie, nie „na telefon”. A partia dbała jedynie, by sprawy dla niej wrażliwe sądził, kto trzeba. Tylko tyle i aż tyle, bo to pozwala przejąć partii kontrolę nad orzecznictwem sądów. W nowym systemie nie będzie się już mogło zdarzyć, by sprawę odwołania od umorzenia śledztwa w sprawie „głosowania kolumnowego” w Sejmie sądził sędzia Igor Tuleya.

Partia rządząca ogłosiła, że rozpoczął się proces odnowy polskich sądów. Nie wiadomo, kiedy się skończy. Na razie premier polskiego rządu Mateusz Morawiecki ogłosił w amerykańskiej gazecie „Washington Examiner”, że polskie sądy są niewiarygodne, przeżarte korupcją i zainfekowane innymi przestępczymi ekscesami, a sądzą w nich sędziowie stalinowscy, a przynajmniej peerelowscy (w rzeczywistości sędziów, którzy zaczęli pracę w sądzie za czasów PRL, jest ok. 5 procent).

Premier tak opisał obecny stan polskiego wymiaru sprawiedliwości: „Sędziowie przydzielani są do spraw przez swoich popleczników, bez publicznego nadzoru”. „Korzyści dla przyjaciół, zemsta przeznaczona dla rywali. W przypadkach gdy sprawa wygląda na najbardziej dochodową, wymagane są łapówki. Postępowania czasem przedłużają się w nieskończoność, działając na korzyść bogatych i wpływowych pozwanych. Wymiar sprawiedliwości zbyt często jest niedostępny dla tych, którym brak politycznych wpływów i pokaźnych kont bankowych”.

To modelowy przykład „skarżenia na Polskę za granicą”, ale – jak widać – co wolno premierowi rządu, to nie opozycji. Zresztą mniejsza o równość. Słowa premiera mogą bowiem być – i zapewne będą – wykorzystywane przez prawników zagranicznych korporacji i innych podmiotów, które wejdą w spory, np. gospodarcze, z podmiotami polskimi, także państwowymi. To będzie argument na rzecz niepoddawania się jurysdykcji polskich sądów, a także na rzecz nieuznawania i niewykonywania ich wyroków. Bo skoro sam premier oświadcza o systemowej wręcz przestępczości w sądach, to jego twierdzenia nie będą wymagać dla zagranicznych prawników dowodów. Są wiarygodne powagą urzędu sprawowanego przez Mateusza Morawieckiego.

I tylko można pofantazjować, czy gdyby podobne słowa wypowiedział np. premier Donald Tusk, PiS nie zażądałby postawienia go przed Trybunałem Stanu lub przed sądem karnym za „zdradę dyplomatyczną” i szkodzenie polskiej racji stanu?

Ustawy podpisane. Wejdą w życie od Nowego Roku i zacznie się „wymiana kadr”, czyli czystka w sądownictwie. A sędziowie staną przed dylematem: orzekać w zgodzie z własnym sumieniem czy tak, by się nie narazić? Kilka dni temu sędzia Igor Tuleya wyznaczył standard sędziego niepokornego wobec władzy. Pokazał, że można. Teraz sędziom będzie trudniej przekonać tę część „suwerena”, która protestowała w obronie wolnych sądów, że w Polsce PiS sędzia nie może zachowywać się przyzwoicie i odważnie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną