Tydzień w polityce

Do ministra Błaszczaka
Antoni Macierewicz pozostawił Służby Zbrojne w stanie całkowitego paraliżu decyzyjnego. Bo „dobra zmiana” oznacza tam nic innego, jak kadrowe tsunami. Nikt nie wie, czy się utrzyma, czy poleci, więc po co podpisywać papier? Ten, jak wiadomo, „d... chroni”, ale może też zabić.

Miniony tydzień w polityce to przede wszystkim dość masywna wymiana ministrów oraz głosowanie w Sejmie w sprawie aborcji. Wszyscy o tym piszą, także w POLITYCE, więc ja o czymś innym, żeby się czytelnikom nie przejadło. Po namyśle postanowiłem sformułować skromny postulat pod adresem nowo powołanego ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka – to jest nawiązanie do wydarzeń aktualnych – by po destrukcji, którą uprawiał jego poprzednik, w niewielkim zakresie przywrócił Siłom Zbrojnym zdolność do w miarę sprawnego, rutynowego działania. Skalę i głębię problemu opiszę – na zasadzie pars pro toto – na przykładzie wojskowego lotnictwa transportowego, bo to, jak się okazało, nie było w stanie zapewnić grupie przygotowującej wizytę prezydenta w Kuwejcie samolotu, który przetransportowałby ją na czas do tego kraju i z powrotem.

Całą sprawę opisał „Fakt”, który – jak to tabloid – wysunął sensacyjną hipotezę, że do zamieszania doszło, bo szef MON Antoni Macierewicz w ramach wojny toczonej z prezydentem Andrzejem Dudą postanowił mu utrudniać wyjazdy zagraniczne. Pogrzebałem trochę i – jak się spodziewałem – hipoteza o celowym działaniu ministra Macierewicza okazała się wyssana z palca; prawda okazała się dużo bardziej ponura.

Najpierw niekwestionowane przez nikogo fakty, MON bowiem nie zaprzeczał temu, że doszło do dwudniowego opóźnienia w wylocie samolotu przeznaczonego dla funkcjonariuszy BOR i urzędników Kancelarii Prezydenta. Jak napisała ówczesna rzeczniczka MON: „Wszystkie informacje przypisujące MON jakiekolwiek działania na niekorzyść BBN i BOR (…) są kłamstwem!”. Oznacza to tyle, że dziennik „Fakt” co do faktów opisywanych przy pomocy zdań obserwacyjnych napisał prawdę, natomiast stwierdził nieprawdziwie, że były to działania celowe na niekorzyść przygotowania wizyty prezydenta.

A przebieg wydarzeń był następujący: w poniedziałek 18 grudnia ub.r. zaplanowany został wylot oficerów BOR i przedstawicieli Biura Bezpieczeństwa Narodowego, którzy odpowiadali za przygotowanie wizyty. Delegacja jednak nie wyleciała, bo nie było sprawnego samolotu. Lot przełożono na wtorek. Wtedy, jak pisze „Fakt”, okazało się, że zamiast z Warszawy maszyna wystartuje z Poznania. Ostatecznie jednak transportowy hercules został uziemiony z powodu wycieku z silnika. Sytuacja była poważna, bo wizyta prezydenta była zaplanowana na czwartek. Tymczasem dwie casy oraz nowy gulfstream były z szefem MON w Afganistanie. W końcu usterka herculesa została usunięta, ale wtedy zgody na lot nie wydało Ministerstwo Obrony. Później decyzja została zmieniona i maszyna wystartowała. 5 km nad ziemią doszło jednak do rozszczelnienia drzwi. Według informacji „Faktu” pilot musiał je zablokować sznurkiem, po czym zawrócił na lotnisko w Powidzu. W końcu samolot wyszykowano i grupa przygotowawcza wyleciała z dużym opóźnieniem.

W tym opisie jedno stwierdzenie faktyczne jest nieprawdziwe: że nie było sprawnego samolotu. Były, i były to casy. Wojskowi posługują się pojęciem „współczynnika sprawności”, który mówi o tym, jaki odsetek samolotów i helikopterów, który wojsko ma „na stanie”, jest zdolny do tego, by w danej chwili zgodnie z procedurami wzbić się w powietrze. Normatyw w polskich siłach powietrznych to 75 proc., ale jest to nieosiągalny ideał. W rzeczywistości w ciągu roku ten wskaźnik waha się między 45 a 50 proc., co plasuje nas w solidnej europejskiej średniej (u Francuzów jest to obecnie 46 proc.; Węgrzy, Czesi, Austriacy mają dużo niższy wskaźnik).

Oczywiście dla poszczególnych rodzajów samolotów i wiropłatów ten wskaźnik jest różny. Z pięciu herculesów, które mamy, jak jeden lata, to jest dobrze (wskaźnik – 20 proc.), fatalnie jest też z produkowanymi przez Świdnik SW-4 Puszczyk. Casy mają bodaj najwyższy wskaźnik sprawności – ok. 60 proc., co oznacza, że z 16 samolotów tej marki zdolnych do lotu jest zwykle 10. Minister Macierewicz zabrał dwie casy do Afganistanu, więc pozostało jeszcze osiem sprawnych. Dlaczego zatem wbrew ekonomii i rozsądkowi grupie przygotowawczej przydzielono herculesa, który, jeśli o ładowność chodzi, jest dwa razy większy niż casa, a zużywa trzy razy więcej paliwa?

Po prostu pozostałe i sprawne samoloty wykonywały przewidziane w grafikach rutynowe loty transportowe. Trzeba zadać kolejne pytanie: skąd wzięło się tak duże opóźnienie w wylocie herculesa, dłuższe niż usuwanie usterek? Odpowiedź brzmi: dlatego że zgodnie z procedurami załoga samolotu po 12 godzinach służby musi mieć 12 godzin na odpoczynek. Ponieważ do obsługi herculesa nie skierowano załogi zapasowej, to ta pierwsza pojechała do hotelu, żeby się wyspać.

No i mamy kolejne pytanie: dlaczego w ramach minimum elastyczności w zakresie wykonania zadań rutynowych – w końcu wylot samolotu z grupą przygotowawczą to nie jest trzęsienie ziemi – nikt w dowództwie Sił Powietrznych nie podjął dwóch prostych decyzji: zmiany grafiku rutynowych lotów sprawnych cas oraz – skoro zdecydowano się na herculesa – dlaczego nie przydzielono mu drugiej załogi, skoro pierwsza zgodnie z procedurami bezpieczeństwa nie mogła wylecieć?

Tu już w grę wchodzi polityka. Minister poleciał do Afganistanu i ani jego, ani jego zauszników nie było na miejscu. Od pół roku Siłom Zbrojnym brakuje inspektora sił powietrznych, jest tylko pełniący czasowo jego obowiązki. I on, i jego zastępca nie byli dyspozycyjni – jeden był na urlopie, drugi na kursie generalskim, nie było więc komu podejmować decyzji o zmianie grafiku i przydziale dodatkowej załogi, co wymaga złożenia podpisu na stosownym kwicie, a sprawa była „polityczna”, bo związana z prezydentem. W Inspektoracie Sił Powietrznych, podobnie jak w całych Siłach Zbrojnych, wciąż trwa „dobra zmiana”, czyli kadrowe tsunami, nikt nie wie, czy się utrzyma, czy poleci, więc po co podpisywać papier? Ten, jak wiadomo, „d... chroni”, ale może też zabić.

Na tym przykładzie można opisać stan całkowitego paraliżu decyzyjnego w Siłach Zbrojnych po rządach ministra Macierewicza. Postulat, by jego następca umożliwił dowódcom wojskowym bezpieczne podejmowanie drobnych decyzji, wydaje się uzasadniony, skromny i mam nadzieję realistyczny, bo minister Błaszczak stale wprawdzie demonstruje swój deficyt intelektualny, ale w drobnych sprawach to dobrze poukładany urzędnik. Wszelkie śmielsze postulaty byłyby od realizmu odległe.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną