Studenckie śledztwo Zbigniewa Ziobry

Ziobro na tropie
Ta sprawa sprzed 25 lat obrosła już legendą. Miała też wielki wpływ na życie i zawodowe wybory Zbigniewa Ziobry.
Ziobro, jak twierdzą dawni znajomi, był typem odludka.
Mirosław Stelmach/Wprost/EAST NEWS

Ziobro, jak twierdzą dawni znajomi, był typem odludka.

Po 10 latach procesu przed wszystkimi instancjami dawny kolega ministra sprawiedliwości ze studiów został ostatecznie uniewinniony.
Krystian Maj/Forum

Po 10 latach procesu przed wszystkimi instancjami dawny kolega ministra sprawiedliwości ze studiów został ostatecznie uniewinniony.

Rodzina Ziobrów oskarża trzech lekarzy o spowodowanie śmierci Jerzego Ziobry. Ten proces toczy się już 12 lat. Na zdjęciu matka ministra sprawiedliwości Krystyna Kornicka-Ziobro.
Łukasz Gagulski/Forum

Rodzina Ziobrów oskarża trzech lekarzy o spowodowanie śmierci Jerzego Ziobry. Ten proces toczy się już 12 lat. Na zdjęciu matka ministra sprawiedliwości Krystyna Kornicka-Ziobro.

audio

AudioPolityka Anna Dąbrowska - Ziobro na tropie

W krakowskim sądzie zapoznaliśmy się z aktami procesu, który ciągnął się przez 10 lat. Ziobro dorastał razem z nim – od studenta prawa do wiceministra sprawiedliwości w resorcie Lecha Kaczyńskiego. Rozmawialiśmy też z osobami, które były w ten proces zaangażowane. 13 lat temu, w rozmowie z dziennikarką „Dużego Formatu”, Ziobro przyznał, że to przykre doświadczenie z czasów studenckich uświadomiło mu patologie wymiaru sprawiedliwości. Zdecydowało też o tym, że ostatecznie poświęcił się prawu karnemu.

Anonimy

Kraków, 1993 r., tydzień przed świętami Bożego Narodzenia student czwartego roku prawa UJ Zbigniew Ziobro składa zawiadomienie na policję. „Od miesiąca kwietnia bieżącego roku otrzymuję telefonicznie i listownie pogróżki grożące śmiercią, gdy nie dostarczę pieniędzy w kwocie 8 mln zł (po denominacji 800 zł – red.), a następnie 100 mln, a ostatnio 30 mln”. Dodaje, że początkowo uważał to za głupi żart, ale kiedy szantażysta zaczął wydzwaniać do domu jego rodziców w Krynicy, „grożąc im śmiercią, gdy nie dotrzymam dostarczenia pieniędzy, wystraszyłem się na poważnie”. Od razu wskazuje szantażystów – studentów Akademii Rolniczej w Krakowie – Jarosława G. oraz Marka K. Podejrzenia opiera „na spostrzeżeniach, faktach i uważam, że tylko oni mogliby grozić mi, lecz nie znam powodów ich zachowania”. Zanim zgłosił się na policję, przez prawie rok prowadził swoje prywatne śledztwo. Sprawców wytypował bardzo szybko, a potem tylko szukał i prowokował dowody na potwierdzenie, że to właśnie oni.

We wrześniu 1992 r. Ziobro spotkał w autobusie z Krynicy do Krakowa kolegę z licealnej ławki Jarosława G. Ten nie dostał przydziału w akademiku i poszukiwał stancji. Ziobro, będąc na utrzymaniu rodziców, miał wtedy M4 w Krakowie przy ulicy Fałata i zaproponował koledze pokój.

Ziobro, jak twierdzą dawni znajomi, był typem odludka, nie miał znajomych, nie spotykał się z dziewczynami, nikogo do siebie nie zapraszał, co tydzień jeździł do rodziców. W procesie zezna, że „w tamtym czasie jedynymi kolegami byli G. i K.”. G. postanowił wciągnąć go w swoje studenckie rozrywkowe towarzystwo. I tak Ziobro poznaje Marka K. Jednak na imprezach w akademikach i na dyskotekach Ziobro nie potrafił się odnaleźć, siedział sztywny, więc koledzy postanowili zmienić taktykę i w bardziej kameralnym gronie – w konfiguracji ich trzech i trzy koleżanki – spotkali się w mieszkaniu Ziobry. Przyszły minister sprawiedliwości przyznał przed sądem, że koledzy przyszli też raz do niego do domu z alkoholem. „Wypiliśmy razem. Rozmawialiśmy na różne tematy, wtedy poznałem postawę oskarżonego [Marka K.] wobec życia. (...) Ważne było to, aby używać życia nawet kosztem innych”. Kolega Ziobry z tamtych czasów wspomina: – On był bardzo usztywniony, a my zachowywaliśmy się jak typowi studenci. Używaliśmy życia, imprezowaliśmy. Zbyszek próbował z nami, ale nie potrafił. Zastanawialiśmy się, czy to chodzi o jego kompleksy, czy może nosi w sobie jakąś głęboko skrytą tajemnicę?

Po niespełna dwóch miesiącach wspólnego mieszkania Ziobro wyprasza kolegę z Krynicy. „Jako, że Jarosław był bardzo egoistyczny, a jego czasowe zamieszkiwanie u mnie przedłużało się, postanowiłem grzecznie wymówić mu zamieszkiwanie u mnie” – relacjonował Ziobro na policji. W wywiadzie dla „DF”, kiedy pierwszy raz był ministrem sprawiedliwości (2005–07), przedstawiał nieco inną wersję tych zdarzeń. Mówił, że z kilku dni, na które umówił się z Jarosławem, zrobiło się kilka miesięcy. „Zacząłem go grzecznie wypraszać. Bez skutku. Musiałem więc to zrobić bardziej stanowczo”. Tak naprawdę oszukał kolegę, że musi zwolnić pokój, bo na kilka miesięcy chce się tu wprowadzić ojciec.

Podpuszczanie

Ziobro zeznawał, że rozstali się w zgodzie, ale zaniepokoiło go, że wśród zwróconych mu kluczy ten do domofonu był inny niż pierwotnie dorobiony. Mieli mu to potwierdzić dwaj ślusarze, do których się udał. Od tego czasu był do Jarosława G. „wewnętrznie mocno sceptycznie nastawiony”. Ale zamiast wymienić zamek w drzwiach, Ziobro udał się do dzielnicowego, aby go o tym kluczu poinformować i że „w związku z tym obawia się jakichś kłopotów w przyszłości”. Policjant wysłuchał zapobiegawczego donosu, ale żadnej notatki nie sporządził, bo nie doszło do przestępstwa.

Po serii głuchych telefonów na początku 1993 r. Ziobro dostał pierwszy anonim (przez rok przyszło ich jeszcze siedem). Szantażysta pisał: „Jeśli chcesz skończyć nauki posłuchaj naszych rad. My nie żartujemy. Zgłosimy się. Czekaj”. Od razu podejrzenia padły na Jarka i Marka. Ziobro postanowił jednak utrzymywać z nimi dobre stosunki i – jak zeznał – starał się „wzbudzać ich zaufanie, jednocześnie obserwując ich zachowanie, sprawdzałem stosunek do mojej osoby”.

Ziobro zwracał uwagę sądu, że po każdym z anonimów przychodził do niego G. i pytał, co słychać. Już po drugim anonimie zastawił na podejrzanego pułapkę. Pierwszy był „pisany” literami wycinanymi z gazet, więc Ziobro – jak twierdził – podpuścił G., że dziwi się, że sprawcy nie piszą drukowanymi literami, gdyż takie pismo jest trudne do rozszyfrowania przez grafologów. „Następny list jest po tej rozmowie i był pisany pismem drukowanym ręcznie” – więc kolejny dowód wskazuje na G., ale też na Marka K., który słysząc słowa o drukowanych literach – według relacji Ziobry –„zrobił ruch, ściskając obie dłonie”.

Ziobro potrzebował jednak mocniejszych dowodów. W czasie spotkań z kolegami „podawałem fałszywe informacje, nie okazując im, że ich podejrzewam, w celu obserwacji ich reakcji”. Reakcje te relacjonował na policji i przed sądem. I tak pochwalił się przed kolegami, że ma dostać od dziadka 200 mln zł (starych) i zaraz w żądaniach telefonicznych pojawiła się kwota 100 mln, a nie jak poprzednio 8 mln zł. Innym razem z jego inicjatywy spotkali się w pubie na krakowskim Rynku. Marek K. tak zapamiętał to spotkanie: – Powiedział nam, że kupił akcje Banku Śląskiego i zarobił na tym duże pieniądze. Puścił w obieg wyciąg z konta, co wydawało nam się trochę dziwne, bo skoro mówił, że zarobił, to my mu wierzyliśmy, nie potrzebowaliśmy dowodu. Ale to była przemyślana strategia śledcza Ziobry, który potrzebował potwierdzenia przed sądem, że koledzy byli dokładnie zorientowani w jego finansach. Tak tłumaczył przed sądem swój zamiar: „Zakładałem, że jeśli to oni są sprawcami, to anonimy się nasilą. Tak też się stało”.

Ziobro postanowił też zdobyć próbki głosów kolegów, by porównać je z telefonicznym głosem szantażysty. Przy okazji prowokuje, aby ich skompromitować. Odwiedza Marka w akademiku z włączonym dyktafonem pod marynarką i prosi, aby sprzedał mu marihuanę. – Powiedziałem mu, że mogę dać mu za darmo, bo wtedy posiadanie małej ilości było dozwolone, ale handel już nie. On nalegał, aby mu sprzedać. Przed sądem stało się jasne, że mnie nagrywał, bo szukał fałszywego dowodu, że handluję marihuaną. Przed sądem Ziobro zeznał, że K. oferował mu susz za darmo, bo chciał go uzależnić.

Donos

W grudniu Ziobro dostał anonim z informacją, że ma zapakować do worka foliowego 30 mln zł i czekać na wiadomość o miejscu dostarczenia pieniędzy. Mówi G. i K., że jest gotów złożyć okup i prosi ich, by z ukrycia obserwowali, kto się po niego stawi. Ale w rzeczywistości nie o pomoc mu chodziło, a tylko o wypróbowanie kolejnego śledczego chwytu i zbadanie ich reakcji. Oni tłumaczyli mu, że lepiej będzie, jak zgłosi sprawę na policję, która wie, jak zorganizować kontrolowane przekazanie okupu, albo niech chociaż wynajmie jakiegoś detektywa czy ochroniarza. Ale Ziobro przekonywał kolegów, że chyba domyśla się, kto to może być, i ostatecznie zgodzili się, by mu pomóc. Miał ich poinformować o miejscu spotkania z szantażystą. 17 grudnia 1993 r. dostał kolejny list polecony z wiadomością, że o 12.00 ma złożyć okup przy toaletach nieopodal Domu Handlowego Jubilat. Ale mimo wcześniejszych ustaleń nie informuje o tym K. i G., tylko cztery godziny przed czasem złożenia okupu zgłasza się na policję i donosi na swoich kolegów.

Policja nie zasypia gruszek w popiele. Już 14 stycznia o 6 rano w kajdankach zabiera z akademika Jarka i Marka. – Przez całą drogę na komendę robiłem rachunek sumienia. Nie miałem pojęcia, o co chodzi – mówi Marek K. Na komendzie widzi roztrzęsionego Jarka i nadal nie domyśla się, że znaleźli się tu z powodu Zbyszka. Jarek zeznaje śledczym, że są trójką kolegów i nie dochodziło między nimi do nieporozumień. „W dniu dzisiejszym dowiedziałem się, że Zbyszek podejrzewa mnie o te anonimy”. To samo mówi Marek K. Doszło do konfrontacji. Ziobro, patrząc im w oczy: „Jestem w pełni przekonany, że to K. z G. są sprawcami tych anonimów” i że rozmowy, które z nimi przeprowadził w czasie swojego prywatnego śledztwa, tylko go w tym przekonaniu utwierdziły.

Jarosław G. mówi, że to wierutne kłamstwo i „chora wyobraźnia Zbigniewa Ziobry doprowadziła do tej sytuacji, że obaj się tutaj znajdujemy”. Marek K. mówi, że zna sprawę, bo Ziobro prosił o pomoc w ujęciu sprawców. Kwituje swoje zeznania krótko: „uważam, że pokrzywdzony Zbigniew Ziobro ma zmiany w mózgu. To wszystko co mam do powiedzenia w tej sprawie. Z anonimami nie mam nic wspólnego”.

Pod okiem policjantów obaj przepisują słowo w słowo anonimy. Lądują one na biurku biegłego pismoznawcy dr. hab. Antoniego Felusia. Pod koniec lutego, wykazując w karcie pracy, że badał materiał przez 53 godziny, stwierdza, że autorem anonimów jest Marek K. – Byłem w szoku, bo ja nawet listu do matki w życiu nie napisałem, już nie mówiąc o bawieniu się w wycinanki liter. Czułem się jak w procesie Kafki – wspomina.

Sądowa gehenna

24 lutego 1994 r. K. zostaje aresztowany pod zarzutem „dokonania wymuszenia rozbójniczego na Zbigniewie Ziobro”. Po 48 godzinach wychodzi z dołka z dozorem policyjnym. Z wywiadu środowiskowego: nie był notowany, w miejscu zameldowania ma dobrą opinię, rodzice są nauczycielami z bardzo dobrą opinią w miejscu pracy. Ziobro zjawia się w prokuraturze, aby dopowiedzieć, że jeśli listy pisał Marek K., to zapewne robił to za namową Jarosława G. Jednak w czerwcu tylko Marek K. staje przed sądem za to, że „od 26 lutego 1993 r. do 11 lutego 1994 r. w Krakowie w celu osiągnięcia korzyści majątkowej w zamiarze zmuszenia Zbigniewa Ziobro do wydania kwoty 30 mln groził mu pozbawieniem życia w przesyłanych na jego adres anonimowych listach i rozmowach telefonicznych”. 24-letni student prawa i pokrzywdzony w jednej osobie – Zbigniew Ziobro – zostaje oskarżycielem posiłkowym.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną