7. rocznica mordu na Jolancie Brzeskiej. Czy ta sprawa coś zmieni?
Rocznica brutalnego mordu mija w przygnębiającej atmosferze złamanej obietnicy. Sprawców nadal nie ujęto, a problem ropiejącej reprywatyzacyjnej rany pozostaje nierozwiązany.
Gra toczy się o to, by osobisty dramat Brzeskiej nie poszedł zupełnie na marne.
Twitter

Gra toczy się o to, by osobisty dramat Brzeskiej nie poszedł zupełnie na marne.

Miasto Jest Nasze/•

„#Brzeska może się powtórzyć. Nadal można zwracać budynki z ludźmi. Dlaczego? Bo Patryk Jaki i cały obóz prawicy nie dotrzymali słowa. Chcemy ustawy reprywatyzacyjnej!” – napisał na Twitterze Jan Mencwel z ruchu Miasto jest Nasze. Warszawskie stowarzyszenie uruchomiło nawet stronę internetową #WyręczPatryka, gdzie można podpisywać petycję do polskich parlamentarzystów, by raz na zawsze skończyć z atmosferą prowizorki w temacie reprywatyzacji. I zacząć przynajmniej przywracać utracone poczucie sprawiedliwości.

PiS wycofuje się z obietnicy

Rozgoryczenie narasta, odkąd kilka tygodni temu PiS odesłał do szuflady gotowy projekt ustawy reprywatyzacyjnej. Miał on zakazać oddawania nieruchomości w naturze (to znaczy wraz z mieszkańcami) oraz patologii handlu roszczeniami. Inicjatywa wychodziła naprzeciw napęczniałemu społecznemu problemowi, który uderzał w najsłabszych lokatorów miejskich zasobów komunalnych i sprawiał, że niemożliwe jest prowadzenie sensownej miejskiej polityki mieszkaniowej. Nie tylko w Warszawie.

Na taką ustawę był czas i było miejsce. Jej przeprowadzenie stało się rodzajem papierka lakmusowego prospołecznych aspiracji PiS. Tym bardziej, że powołanie sejmowej komisji ds. badania reprywatyzacyjnych przekrętów faktycznie doprowadziło do zamrożenia zwrotów kamienic w naturze (w całym 2017 roku oddano zaledwie siedem kamienic). Początek systemowego naprawiania wydawał się już o krok.

Ale ustawy nie będzie. Pretekstem do jej schowania stała się burza, jaka wybuchła przy okazji nowelizacji ustawy o IPN. W ten oto sposób abstrakcyjna obrona „dobrego imienia narodu polskiego” wygrała z niezwykle realnym, materialnym problemem tysięcy najsłabszych Polek i Polaków. Świadomość kolejny raz okazała się ważniejsza od bytu.

Czy dramat Brzeskiej pójdzie na marne?

Śmierci Jolanty Brzeskiej nikt już nie cofnie. Teraz gra toczy się jednak o to, by jej osobisty dramat nie poszedł zupełnie na marne. Historia Brzeskiej jest przerażająca przez swoją zwyczajność. Przypomnijmy, że wydarzyła się przy ul. Nabielaka na warszawskim Dolnym Mokotowie. Dekadę temu do mieszkania Brzeskiej zastukał biznesmen Marek Mossakowski, jeden z pierwszych specjalistów (choć niejedyny) od skupowania roszczeń, „odzyskiwania” kamienic i wykurzania lokatorów komunalnych. Czyściciel nie miał zamiaru się z komunalnymi dogadywać, tylko jak najszybciej się ich pozbyć i sprzedać mieszkania z astronomicznym zyskiem (w 2014 roku 80-metrowy lokal, w którym mieszkała wcześniej Brzeska, wystawiono na sprzedaż za milion złotych).

Miasto oddawało wtedy kamienice na potęgę. Skalę zjawiska dobrze obrazują dane zaprezentowane niedawno przez Miasto Jest Nasze. Wynika z nich, że w rekordowych latach w ręce prywatnych właścicieli trafiało niemal 300 nieruchomości rocznie. Wiele z nich razem z tzw. wkładką, czyli lokatorami komunalnymi. Po oddaniu kamienicy miasto oficjalnie umywało od takich spraw ręce. Organy administracyjne czy policja zazwyczaj stawały po stronie silniejszych. Szacuje się, że w ciągu kilkunastu lat ok. 40 tys. lokatorów komunalnych musiało opuścić „odzyskane” mieszkania.

Większość poddawała się bez walki, zostając z poczuciem wielkiej niesprawiedliwości. Brzeska postąpiła jednak inaczej. Zaczęła bronić swoich praw i angażować się w powstające ruchy lokatorskie. Trwało to cztery lata. W 2011 roku jej spalone zwłoki znaleziono w Lesie Kabackim. Początkowo policja przychylała się do hipotezy o samobójstwie. Ostatecznie śledczy stwierdzili morderstwo. Ale winnych nigdy nie wskazano.

Na sprawę Jolanty Brzeskiej można oczywiście patrzeć jak na jednostkową tragedię. Dla działaczy lokatorskich, ruchów miejskich i sporej części opinii publicznej był to jednak symbol wielkiej niesprawiedliwości, która dokonała się w Polsce w ostatnich 15 latach. I to nie gdzieś na głębokiej prowincji, z dala od radaru opinii publicznej, tylko przeciwnie, w największej polskiej metropolii w samym środku okresu uchodzącego za złote lata III RP.

Reprywatyzacyjny dramat jak na dłoni pokazał, jak nierównomiernie podzielone były owoce tego sukcesu. A III RP okazała się państwem, które jest niezwykle słabe wobec silnych, dobrze umocowanych i sprytnych jednostek (w chaosie reprywatyzacyjnym czuli się jak ryba w wodzie). A jednocześnie najsłabszych zostawia samym sobie. A nawet gorzej. Pomaga silnym ich nękać (ułatwiając eksmisje czy wpędzając lokatorów komunalnych w spiralę zadłużenia).

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną