Lawa
W naszych głowach Polska nie jest starą pocztówką z pozaginanymi rogami i rozmazanym adresem.

Antysemityzm, ksenofobia, rasizm awansowały do kategorii wolności słowa. Występujące z nieodłącznym „ale” mają być przykrywką dla nienawiści. Nie jestem antysemitą, ale Żydzi won. Nie jestem rasistką, ale biała rasa w białej Polsce. Cóż, takie moje zdanie, mam do niego prawo. I wygłaszane są te, pożal się Boże, poglądziny z uśmiechem na ustach. Między kawką a ciasteczkiem. Jak w reportażu, który ukazał się w „Dużym Formacie” – przyjazna twarz nacjonalizmu. Zobaczcie, jesteśmy tacy, jak wy. Różnimy się tylko zamiłowaniem do glanowania tych, których nie lubimy. Ot, taka nasza przywara. Taki nasz światopogląd. Ale jesteście tolerancyjni, prawda? Nie będziecie się czepiać?

Dobrze być pisarkami. Można sobie wyobrażać różne rzeczy i jeszcze za to płacą. Wyobrażamy sobie Polskę jako kraj, w którym nikt nikogo nie pyta o narodowość. Skoro ktoś chce tu mieszkać, pracować i wychowywać swoje dzieci, to może zostać. To kwestia zaufania, ciekawości innych i umiejętności dzielenia się. No tak, wyobraźnię mamy sporą.

Wyobrażamy sobie kraj, w którym historia jest czymś, co się wydarzyło. Nie można tego odwołać ani zmienić. Gdzie błędy się omawia, a następnie wyciąga z nich wnioski. I nie trzeba rozwalać pomników ani zmieniać nazw ulic, bo pamięć narodu i tak ma swoje archiwum. Znajdują się w nim rzędy zakurzonych albumów ze zdjęciami, gdzie widać twarze, napisy, scenografie. I gdzie to, co działo się kiedyś, ma swój kontekst i konsekwencje. Jak przy pociągnięciu sznurkiem: zdarzenia następują po sobie, są ze sobą nierozerwalne, ponieważ łączy je logika. Nie można wyciąć fragmentów sznurka i związać go w byle jaki supeł, bo wylezie fastryga. Nikt się nie nabierze na to, że przeszłość była wysokim szatynem, skoro na zdjęciach widać wyraźnie, że to niski blondyn.

Polska trwała zawsze. Tak w 1943, 1944 i 1968, jak i w 1989 r. Nie znikała w kluczowych momentach, zamieniając się w pozorne państwo z niczyją ziemią. Wszystko to działo się w obrębie granic o tym samym kształcie, jaki widzimy teraz. Z ludźmi, którzy mają te same korzenie, choćbyśmy bardzo tego nie chcieli. Ludzi mówiącymi tym samym co my językiem, składającymi dłonie do tych samych modlitw. Historia nie poddaje się przecież operacjom plastycznym, po których trudno rozpoznać tożsamość. Jest opowieścią, jak wełna nawijana na kolejne motki. Nieprzerwana, ciągnąca się od pierwszych plemion aż do pierwszych wieżowców.

W naszych głowach Polska nie jest starą pocztówką z pozaginanymi rogami i rozmazanym adresem. Jest kartką z kalendarza przypominającą nam o ważnych zdarzeniach: dobrych i złych. Godnych upamiętnienia i niegodnych zapomnienia. Takich, po których łzy napływają do oczu ze wzruszenia lub smutku. Czasem ze słonego wstydu i zakłopotania. Dworzec Gdański w ’68, Okrągły Stół w ’89. Nie odwracamy oczu. Taka strategia nic nie da, bo przecież prawda nie znika, kiedy na nią nie patrzeć. Ona stoi sobie spokojnie i czeka, aż się jej przypatrzymy i wyciągniemy wnioski. Zapominana lub fałszowana prędzej czy później wybije niczym bulgoczący wulkan, oblewając lawą wszystkich dookoła. Lawa parzy, zasklepia, niszczy to, co zostało zbudowane. W sekundy zatraca pracę ludzi i unieważnia ich starania. Lawa potrafi zabić. Ciało Polski pokryte jest dziś takimi krostami pełnymi lawy. Sączącej się po całym organizmie, zatruwającej go od stóp do głowy. Niereagującej na żadne remedium.

Chciałybyśmy być lekarkami, które wypiszą receptę, po której ciało się uzdrowi. Ale możemy tylko stawiać diagnozy, przyglądać się przez okno izolatki i kręcić z niedowierzaniem głową. Czasem trzymać za rękę, kiedy gorączka staje się nieznośna. Ale jako pisarki mamy inne zadania i brak nam kompetencji do szukania lekarstwa. Wydawało nam się poza tym, że od tego są politycy, aby czuwać nad samopoczuciem kraju. Że ich maksyma brzmi, jak w przypadku lekarzy: „Po pierwsze nie szkodzić”. Widzimy jednak, że od dłuższego czasu zachowują się raczej niczym doktor robiący eksperymenty na żywym organizmie. Dający sobie prawo do ryzykowania zdrowia i życia w imię ogólnie pojętego prawa do decydowania o czyimś losie.

Rozjeżdżanie dotychczasowych relacji międzynarodowych, umów społecznych (jak na przykład konstytucja) czy kontaktów przypomina zabawę sadystycznego dziecka przecinającego dżdżownicę żyletką. Stoją nad nim dorośli i grożą palcem, ale nic innego się nie wydarza, bo nikt nie zna sposobu na wytrącenie z ręki niebezpiecznego przedmiotu. A może boi się to zrobić, bo dziecko wpadnie w gniew? Zacznie tupać nogami i wybuchnie płaczem? Czy my jako społeczeństwo również boimy się polityków?

A co, jeśli zamiast niekończących się petycji, oburzenia i komentarzy ktoś wreszcie zbierze się na odwagę i wyrwie żyletkę z rąk pseudouzdrowicieli? Tych, których zadaniem miało być dbanie o zdrowie kraju, a którzy kraj osłabiają w imię źle pojętych reform. Tych, którzy wstając z kolan, wielokrotnie palnęli się w głowę o sufit, ale udają, że nie mają od tego guzów. I tych, którzy dla oponentów mają tylko jedną radę – podobnie jak senator Jan Żaryn dla ambasador Izraela – przecież można opuścić ten kraj. Jak się komuś nie podoba rozkrajanie robaka, to może się nie patrzeć. Lub wyjechać. A najlepiej nie zadawać pytań i cieszyć się z niekończącego się spektaklu pogardy ubranej, dla niepoznaki, w szaty „moich osobistych poglądów, co to mam do nich prawo”. Kwiaty rozwijają pąki na łodygach, słychać świergot ptaków. Przyroda budzi się do życia, ale wokół niej nadal wyczuwamy zagrożenie. W każdej chwili wściekle gorąca lawa oblec może to, co dopiero zakwitło. I zniszczyć to, co rosło na tej ziemi od setek lat.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną