Tragedia w „Zofiówce” w Jastrzębiu-Zdroju. Niech przynajmniej trzech wróci do domu
Mówią mi w „Zofiówce”, że takiego wstrząsu nigdy w historii kopalni nie było. Prawie 4 stopnie w skali Richtera.
Wstrząs, jaki miał miejsce w sobotę 5 maja 2018 r. w Zofiówce, oceniono na niemal 4 stopnie w skali Richtera i jest najsilniejszym wstrząsem w historii tej kopalni.
Maciej Jarzębiński/Forum

Wstrząs, jaki miał miejsce w sobotę 5 maja 2018 r. w Zofiówce, oceniono na niemal 4 stopnie w skali Richtera i jest najsilniejszym wstrząsem w historii tej kopalni.

Panowie, napiszcie tak: robota jak każda inna, tylko bardziej trzeba uważać! – prosił kilka lat temu mnie i kolegę fotoreportera Rafała Klimkiewicza Adam Tymiński, operator przenośnika ścianowego. Byliśmy 900 m pod ziemią, w kopalni „Zofiówka” w Jastrzębiu-Zdroju, na tym poziomie, na którym od sobotniego przedpołudnia trwa walka o ocalenie jeszcze trzech górników.

Zacząłem pisać, kiedy do uratowania było ich pięciu. Przerwałem, żeby odnaleźć czarny od węglowego pyłu notes z tamtego dnia sprzed lat. Żeby sprawdzić nazwiska, czy aby św. Barbara nie zabrała na wieczną szychtę kogoś z wówczas spotkanych hajerów. Mam telefony, ale boję się dzwonić.

Kopalnia o najwyższym stopniu zagrożenia metanowego

Tamtego dnia byłem wściekły. Rafał miał specjalny certyfikat na używanie aparatu pod ziemią, a ja musiałem swój dyktafon zostawić na powierzchni, bo jedna iskra w kopalni o najwyższym na Śląsku stopniu metanowego zagrożenia to dramat nie do odwrócenia.

Miejsce pierwszych strajków górniczych

Do „Zofiówki” – dawniej „Manifestu Lipcowego” – zjeżdża się z ręką przy sercu. To tutaj na przełomie sierpnia i września 1980 roku wybuchły śląskie górnicze strajki, które przesądziły o zgodzie władzy PRL na podpisanie porozumień w Szczecinie i Gdańsku. Tutaj też padła w 1988 roku ostatnia twierdza tamtej władzy. We wrześniu, w Porozumieniach Jastrzębskich, zapisano wolne soboty. Dla wszystkich, nie tylko dla górników.

250 osób na dole

A w tę ostatnią wolną sobotę, 5 maja, było na dole 250 osób. W kopalni pracuje ponad 4 tys. ludzi, z tego 3,2 tys. pod ziemią. Kopalni nie da się na sobotę i niedzielę zamknąć. Postawić strażnika – i kwita. Bo woda, bo metan, bo tąpnięcia wskutek ruchów górotworu, bo gdzieś pojawia się samozapał węgla i sączy dwutlenek węgla… Akurat jest też taka sytuacja, że świetne ceny węgla koksowego, który jest specjalnością JSW, dają możliwość wielkich dochodów dla firmy – no i zarobków dla górników. JSW miała w minionym roku 2,5 mld zł zysku netto (rok wcześniej tylko 5 mln). Górnictwo jest przemysłem na huśtawce, a ona teraz ciągle jest w górze. Za dwa–trzy lata może opaść. Wiedzą to sami hajerzy, którzy za pracę w soboty i niedziele – wolne, rzecz jasna – potrafią dorzucić do domowych portfeli co najmniej 2 tys. zł!

Sporo. Tylko za jaką cenę?

W poszukiwaniu węgla zdani na Matkę Naturę

Wczoraj jedenastoosobowa górnicza brygada drążyła 900 m pod ziemią chodnik – taki olbrzymi otwór o kilkumetrowej średnicy – aby dotrzeć do nowych pokładów węgla. To jest ten moment w sztuce górniczej – dzięki technologiom wykrywającym zagrożenia coraz bardziej przewidywalnej – kiedy część tej przewidywalności pozostaje we władaniu Matki Natury. Łatwiej posunąć się naprzód, jeżeli dynamitem odstrzeli się, skruszy kilka metrów skały.

Tylko nie wiadomo do końca, co będzie za nią. Jaki ten inwazyjny ruch przyniesie skutek. Poza tym kiedy na Śląsku zaczęto dwa stulecia temu przemysłowo kopać węgiel, to wydobywano go ze 100–200 metrów. Dzisiaj szyby kopalniane sięgają – tak jak w jastrzębskich kopalniach – kilometr i więcej w głąb ziemi. Mówi się, że tam Matka Natura już nie żartuje.

Pierwszy taki wstrząs w dziejach „Zofiówki”

Mówią mi w „Zofiówce”, że takiego wstrząsu nigdy w historii kopalni nie było. Prawie 4 stopnie w skali Richtera. Na powierzchni niewiele odczuwalny, na dole potrafi zgnieść stalową obudowę chodnika jak skorupę jajka. Do tego w każdej chwili może uwolnić pokłady metanu lub wody.

Nie wiem, czy właśnie tak było wczoraj w „Zofiówce” – wiem, że paru z jedenastki górników udało się spod tej skorupy uciec, a drogę do uwięzionych zamknął na kilka godzin właśnie metan. Wypływający z wewnątrz pod straszliwym ciśnieniem.

Opowiadali mi górnicy, że przed laty samo ciśnienie gazu było tak potworne, że w kilka sekund wrzuciło, wcisnęło w chodnik prawie 400 ton węgla! Na szczęście nikogo w tych właśnie sekundach w nim nie było.

Kopać węgiel czy nie? Nie pora na takie pytania

Sprawę, czy kopać dalej węgiel, czy nie kopać, i to, z czym dzwoni durny kumpel z Gdańska, że na drogach mamy już ponad 60 ofiar, odłóżmy na bok. Jak i pielgrzymki premiera i prezydenta na Śląsk. Swego czasu widziałem innego prezydenta, przywiezionego na tragedię katowickiej hali targowej, największą katastrofę budowlaną w Polsce. W dużo za dużym hełmie strażackim pytał sam siebie: Boże, co ja tutaj robię...

Kończę w chwili, gdy trzy rodziny z „Zofiówki” wierzą, że na spóźniony obiad, może na kolację, zjawią się ich bliskie chłopy. Z całego serca – szczęść im, Boże. Z całego serca.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj