Kraj

Manna dla nieba

Ile zarabiają księża?

Większość duchownych uważa, że ofiary od wiernych im się po prostu należą. Większość duchownych uważa, że ofiary od wiernych im się po prostu należą. faabi / PantherMedia
System wynagradzania duchownych oparty na „co łaska” powoduje frustrację księży, rywalizację o lepsze parafie i pogoń za pieniądzem.
Księdza i Kościoła o dochody pytać nie wypada. Finanse Kościoła to według kleru sprawa duchowieństwa.Igor Morski/Polityka Księdza i Kościoła o dochody pytać nie wypada. Finanse Kościoła to według kleru sprawa duchowieństwa.
Karoca jak z bajki o Kopciuszku, którą pięć lat temu na węgrowskiego Hubertusa przybył biskup Antoni Dydycz, pozostanie symbolem przepychu kościelnych hierarchów.Michał Kość/Forum Karoca jak z bajki o Kopciuszku, którą pięć lat temu na węgrowskiego Hubertusa przybył biskup Antoni Dydycz, pozostanie symbolem przepychu kościelnych hierarchów.
Państwo z pieniędzy podatników łoży hojnie na różne kościelne przedsięwzięcia, choćby budowę Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, którą minister Gliński wsparł dotacją 4 mln zł.Robert Neumann/Forum Państwo z pieniędzy podatników łoży hojnie na różne kościelne przedsięwzięcia, choćby budowę Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, którą minister Gliński wsparł dotacją 4 mln zł.

Artykuł w wersji audio

Pazerność kapłanów stała się już w Polsce niemal anegdotyczna. Przywiązanie do dóbr materialnych, stojące w sprzeczności z dogmatem wiary i z przykładem płynącym z Watykanu od papieża Franciszka, to jeden z tematów wchodzącego na ekrany filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Tuż przed premierą internet obiegła informacja o proboszczu z białostockiej parafii, który pisemnymi wezwaniami, jak komornik, domagał się od swoich parafian zaległej kolędy. Sprawę nagłośnił syn parafianki, 79-letniej emerytki, która dostała wezwanie do zapłaty 400 zł, bo jej zaległości miały sięgać czterech lat. Proboszcz każdą mszę niedzielną wycenił na 2 zł, wyszło mu 100 zł rocznie.

Zapewne wziął przykład z rzeszowskiego proboszcza, ten z kolei parafianom, którzy nie przyjęli księdza z kolędą, zostawił kartki na wycieraczce z informacją o obowiązku comiesięcznego wspierania budowy parafialnego kościoła. Ile kto może, zaznaczył.

Bez cennika

Finansowanie Kościoła w Polsce to w 80 proc. dobrowolne ofiary. Rocznie ponad 700 mln zł. Choć episkopat nie pozwala na „cenniki” za chrzciny, śluby i pogrzeby, nieoficjalne są niemal w każdej parafii. Tak jest w gminie Starcza (woj. śląskie), której mieszkańcy od maja domagają się w internetowej petycji odwołania proboszcza. U nich mniejsza niż w księżowskim cenniku ofiara skutkuje zapisaniem w księgach parafii i w przyszłości taki wierny nie będzie mógł zostać chrzestnym. Na razie efekt jest taki, że ślubów w Starczy jak na lekarstwo.

Nawet jeśli nie ma cennika, to wielu pilnuje, by nie dać mniej niż to przyjęte. I tak ofiara składana przy okazji intencji mszalnej waha się od 10 zł w najuboższych rejonach, do 50–70, a nawet 100 zł w zamożnych. Ślub to minimum 500 zł, częściej, nawet w wiejskich parafiach – tysiąc. Tu większość kapłanów wyznaje zasadę, że skoro można wydać kilkadziesiąt tysięcy na wesele i całą oprawę tego wydarzenia, to księdzu też się należy. Są i tacy, którzy tę samą zasadę stosują do pogrzebu, szacując wartość pomnika i inkasując 10 proc. jego wartości. Jak proboszcz z Kowali w diecezji radomskiej (już odwołany), który w ten sposób tłumaczył parafianom różnice w obowiązkowym „co łaska”. Tym zamożniejszym potrafił naliczyć dodatkową opłatę za otwarcie bramy cmentarza. Ale już np. w jednej z białostockich parafii córka chowająca swojego ojca usłyszała cenę 2 tys. Ksiądz wiedział, że dobrze zarabia w stolicy i „warszawka” bez targów zapłaciła. Najczęściej jednak za pogrzeb należy się ofiara od 200 do 1000 zł. Mniejsze datki są z okazji zbiorowych zazwyczaj chrzcin i komunii świętych: od 20 do 250 zł.

Czasem rodzice chcą bardziej elegancko ofiarować coś w darze dla kościoła. W podtoruńskim Czernikowie sprezentowali figurkę świętą, jednak ówczesny proboszcz orzekł, że nie pasowała do ołtarza, i oddał ją do hurtowni, licząc na zwrot gotówki.

Księża, którzy nie pracują jako katecheci czy kapelani, utrzymują się z pieniędzy ofiarowanych przez wiernych w podzięce za szafowanie sakramentami wynikającymi z tzw. prawa stuły, iura stolae. A więc śluby, chrzciny, komunie, pogrzeby, wypominki, intencje mszalne (większość księży może przyjąć tylko jedną intencję mszalną dziennie), a także pokropki, święcenia nowych ulic, rond, sklepów czy – jak ostatnio w Nakle nad Notecią – baru sieci McDonald’s. Darowizny dokonane przy tych okazjach są dochodem osobistym księdza. Jeśli parafia ma kłopoty finansowe, część dochodów z iura stolae może zasilić parafialną kasę, o ile tak zdecyduje proboszcz.

– Same intencje mszalne w PRL dawały księdzu taką solidną średnią krajową pensję – mówi ksiądz Kazimierz Sowa. – Dziś w biedniejszych parafiach to nawet nie jest minimalna płaca.

Ratunkiem jest tzw. kolęda. Część pieniędzy zebranych przy okazji wizytowania wiernych w okresie świąt Bożego Narodzenia przeznaczona jest na potrzeby parafialne i diecezjalne. Ile trafi do kasy kurii, decyduje biskup, ile do parafialnej – proboszcz, bo resztę księża dzielą między siebie. Jak – decyduje proboszcz i on też z reguły dostaje największą część. Jeżeli w parafii jest dwóch wikarych, kolęda dzielona jest na ogół na cztery części, dwie dla proboszcza, po jednej dla wikarych. Takie nieoficjalne księże „trzynastki”.

Poduszne

Ofiary składane podczas mszy (czyli taca) są przeznaczone na utrzymanie parafii i diecezji. Do kurii najczęściej trafia jedna taca w miesiącu. Tak jest w diecezji tarnowskiej, skąd do kurii przesyłane są przez proboszczów datki zebrane w każdą pierwszą niedzielę miesiąca. Miesięcznie diecezja tarnowska osiąga z tej tacy wpływy ok. 300 tys. zł, rocznie ok. 4 mln zł (dane z 2012 r.).

W archidiecezji poznańskiej każda z 402 parafii obciążona jest stałym podatkiem, tzw. minimum miesięcznym. Nieco ponad złotówka liczona od jednej trzeciej mieszkańców parafii, gdyż według szacunków tylu mieszkańców chodzi do kościoła. Podobnie jest w archidiecezji warszawskiej: złotówka co miesiąc od każdego praktykującego. W lubelskiej parafii płacą podatek na cele ogólnodiecezjalne, „poduszne”, naliczany od liczby mieszkańców zameldowanych na pobyt stały. Nieważne, chodzą do kościoła czy nie.

– W Polsce nie mamy żadnego systemu finansowania Kościoła – mówi duchowny zajmujący się finansami jednej z diecezji, który zgadza się na rozmowę tylko anonimowo. – Nikt nie chce się odważyć na wprowadzenie zmian, kultywujemy to, co zastane. To jeden z poważniejszych problemów Kościoła.

Żaden proboszcz nie powie, ile daje na kurię, a ile zostaje w parafialnej kasie. Żaden nie da mniej, niż biskup oczekuje. – Są pod presją ordynariuszy i biskupów – mówi dr hab. Paweł Borecki, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, zajmujący się prawem kanonicznym. – Jeżeli chcą mieć wpływy, awansować, muszą wykazać się większymi datkami na rzecz diecezji.

Niektóre parafie mogą liczyć na dodatkowe przychody z dzierżawy gruntów, działalności gospodarczej i dotacji unijnych. Ale podstawą jest taca. Więc to, czego biskup nie weźmie, proboszcz wydaje na ogrzewanie, prąd, gosposię, pracownika kancelarii, sprzątaczkę czy organistę. Pieniędzy z tacy nie wolno mu przeznaczyć na potrzeby prywatne.

Łaska jako kapitał

Większość duchownych uważa, że ofiary od wiernych im się po prostu należą. – To m.in. skutek złej formacji seminaryjnej duchownych, wpajania im, że są wybrańcami, których lud boży powinien utrzymywać – mówi dr hab. Borecki. – A z drugiej strony wciąż niskiej świadomości wiernych, że to oni, laikat, są Kościołem. Ksiądz jest postrzegany jako człowiek niezwykły, ktoś, kto ulega faktycznej sakralizacji, do którego podchodzi się w poczuciu uniżoności.

Przykład dają politycy czapkujący Kościołowi. A sam model „co łaska” zakorzenił się w polskiej historii. Tak funkcjonował Kościół w Kongresówce i ten system odziedziczyła niepodległa Rzeczpospolita. – W PRL to, że Kościół utrzymywał się z ofiarności wiernych, stanowiło o jego sile – mówi dr hab. Borecki. – Był jedyną nie w pełni zdominowaną przez komunistyczną władzę instytucją.

Kardynał Stefan Wyszyński zabronił zgłaszania władzom oświatowym prowadzenia religii w kościołach. Nie chciał, by kapłani pobierali wynagrodzenia od państwa. Wszystko po to, by Kościół pozostał niezależny od komunistycznej władzy. I był, ale też nieźle sobie radził finansowo. Wierni byli hojni, chętniej niż dziś dawali datki, zapewne także dlatego, że niewiele można było za te pieniądze kupić. I tak w latach 80. na każde trzy świątynie budowane w Europie dwie wznoszono w Polsce.

Jeszcze w latach 70. Edward Gierek (jako I sekretarz PZPR), by podkreślić nową politykę wyznaniową państwa, przekazał Kościołowi kilka tysięcy obiektów sakralnych po kościołach niemieckich, protestanckich i katolickich na Ziemiach Odzyskanych. Padła też ze strony komunistycznej władzy propozycja przekazania dóbr ziemskich na gospodarstwa rolne proboszczów. Kardynał Wyszyński znów twardo odmówił, tłumacząc, że zadaniem duszpasterzy jest troska o wiarę wiernych, a nie administrowanie dobrami doczesnymi.

– Wychodził z założenia, że wiara ludu bożego to prawdziwy kapitał, który będzie procentował – mówi dr hab. Borecki. – I nie pomylił się. Co prawda poziom praktyk religijnych z początku lat 80. jest nie do powtórzenia, ale jednak na tle państw europejskich frekwencja w polskich kościołach jest wciąż wysoka.

Za mundurem sutanny sznurem

Gdy po 1989 r. zmienił się ustrój, Kościół, nie oglądając się na słowa kardynała Wyszyńskiego, przystąpił do masowych rewindykacji przedwojennych nieruchomości.

W 1991 r. Jan Paweł II mianował Sławoja Leszka Głódzia pierwszym biskupem polowym, a prezydent Lech Wałęsa nadał mu stopień generała. Taki był początek restytucji Ordynariatu Wojska Polskiego. Dziś to 7 dekanatów, 80 parafii i 60 księży. W 2018 r. na duszpasterstwo wojskowe (łącznie Ordynariat Polowy Wojska Polskiego, Prawosławny Ordynariat Wojska Polskiego oraz Ewangelickie Duszpasterstwo Wojskowe) przeznaczono prawie 21 mln zł z budżetu MON.

Za wojskiem poszły inne służby mundurowe. I tak np. w Straży Granicznej jest dziś 19 kapelanów (a dokładnie 16 kapelanów i 3 dziekanów, z czego rzymskokatolickich – 11), co przez ostatnie trzy lata łącznie kosztowało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji niemal 5 mln zł. Państwo wypłaca też pensje kapelanom szpitalnym, więziennym, pracującym na etatach w straży pożarnej, policji i w Biurze Ochrony Rządu. Pensje różne, w zależności od resortu, na ogół w okolicach średniej krajowej, ale niektórzy kapelani, zwłaszcza w szpitalach i więzieniach, drugie wynagrodzenie potrafią uskładać z nadgodzin.

Religia wróciła do szkół i od 1996 r. księżom katechetom także płaci państwo. I odprowadza składki na ubezpieczenie zdrowotne i społeczne. W niektórych diecezjach początkowo księża katecheci mieli oddawać parafii połowę swoich zarobków, ale szybko się z takich pomysłów wycofano. Ministerstwo Edukacji (a więc budżet państwa) wydaje rocznie na księży katechetów 350 mln zł.

– Dziś już ok. 60 proc. księży, katechetów, kapelanów, wykładowców uczelni, pracowników kurii i instytucji kościelnych ma zagwarantowaną stałą pensję – mówi ksiądz Kazimierz Sowa. – Problem ma te pozostałe 40 proc.

Wszyscy księża rozliczają się z podatków. Ci niezatrudnieni na umowę o pracę – ryczałtem, którego wysokość ustala co roku urząd skarbowy, głównie w oparciu o wielkość parafii. Płacą też „podatki kościelne”: na fundusz wspierania księży emerytów i chorych kapłanów (taki III filar, np. Braterska Opieka Kapłańska w archidiecezji poznańskiej), na misje i seminaria duchowne czy na spłatę kosztów swojego kształcenia w seminarium.

Śmietanka i kokosy

Nie zmieniło się jedno: księdza i Kościoła o dochody pytać nie wypada. Finanse Kościoła to według kleru sprawa duchowieństwa. Nieliczne diecezje rozliczały się ze swoich finansów (robił to m.in. zmarły abp Józef Życiński). Ogólnopolski raport finansowy Kościół ujawnił tylko raz. W konsultacji z episkopatem przygotowała go w 2012 r. Katolicka Agencja Informacyjna. I jest to jedyne oficjalne źródło na temat finansów Kościoła i zarobków duchownych.

Raport pokazał ogromne dysproporcje. Roczne przychody parafii wahają się od 30 tys. zł do 400 tys. zł. Bo ile wierni dają na tacę, zależy od wielkości parafii, zamożności jej mieszkańców, regionu Polski i liczby wiernych uczestniczących w niedzielnych liturgiach. W małej wiejskiej parafii w diecezji tarnowskiej przeciętna niedzielna taca to 487 zł, w dużej miejskiej parafii w archidiecezji katowickiej – do 4 tys. zł. Tyle samo w małej parafii, ale w centrum Warszawy.

Stąd duże różnice w dochodach duchownych z pracy duszpasterskiej: od 800 do ok. 5500 zł miesięcznie. – Skutkiem jest pogoń za pieniądzem niektórych księży, rywalizacja o lepsze parafie – mówi dr hab. Borecki. Jedna z najbiedniejszych parafii to według raportu KAI Korytowo, licząca około 500 mieszkańców popegeerowska wieś w powiecie choszczeńskim na Pomorzu. Ksiądz proboszcz zarabiał tam wtedy 1381 zł, po odliczeniu składek zostawało mu na życie 843 zł miesięcznie. – W tych najbiedniejszych parafiach księża naprawdę ledwo przędą – mówi ksiądz profesor Andrzej Luter. – A ok. 80 proc. duchownych nie ma może kłopotów finansowych, ale też żadnych kokosów. Śmietankę spija zaledwie kilka, kilkanaście procent.

Autorzy raportu policzyli, że średnio dochody duchowieństwa wynoszą 1,5–2,5 tys. zł i są poniżej średniej krajowej. Jednak wyliczanie średniej nie ma żadnego sensu. Jak uśrednić księdza z Korytowa i proboszcza z Kasiny Wielkiej, który kupił sobie porsche za 400 tys. zł? Oburzenie jego owieczek wyrażone na gminnym portalu i na FB sprawiło, że po kilku dniach archidiecezja krakowska opublikowała deklarację księdza: sprzeda luksusowe auto, a uzyskane środki przekaże na Caritas.

W podziale dochodów wśród duchowieństwa nie ma solidarności. „W listach na Wielki Czwartek biskupi piszą nam, że mamy tworzyć wspólnotę – mówił w reportażu TVN o. Władysław Oszajca, jezuita. – Tak by wynikało z Ewangelii i Soboru Watykańskiego II, ale jak tworzyć wspólnotę, kiedy jeden opływa we wszystko, a drugi nie ma co do garnka włożyć?”.

Co łaska biskupia

Karoca jak z bajki o Kopciuszku, którą pięć lat temu na węgrowskiego Hubertusa przybył biskup Antoni Dydycz, pozostanie symbolem przepychu kościelnych hierarchów. Oczywiście karoca nie należała do biskupa. Najczęściej także luksusowe limuzyny, jakimi jeżdżą hierarchowie kościelni, nie są ich prywatną własnością, tylko kurii. Kiedy kardynał Kazimierz Nycz został metropolitą warszawskim, podwładni z kurii kupili mu nowy samochód. Kardynał przekazał auto emerytowanemu kardynałowi Józefowi Glempowi.

Rezydencje, w których biskupi mieszkają, także są własnością kurii. Jak rezydencja metropolity gdańskiego abp. Sławoja Leszka Głódzia, zabytkowa (z 1828 r.), ogromna, piękna, w dużej części wyremontowana na koszt państwa. Wielki ogród, w którym biskup hoduje daniele, powiększono o działkę o powierzchni 3,3 tys. m kw. wykupioną od miasta za 1 proc. wartości (prezydent Adamowicz zgodził się na to, bo w zamian kuria zrzekła się praw do parku Oliwskiego). Daniele są też w letniej posiadłości arcybiskupa znanego ze słabości do wystawnego życia, do której ma zamiar przenieść się na emeryturze. Jak opisał „Newsweek”, ten piękny pałac w Bobrówce na Podlasiu, rodzinnej miejscowości hierarchy, powstał w budynku starej szkoły, który wykupił arcybiskup. Posiadłość, 21 ha kupionych od miejscowych chłopów w latach 90., także należy do hierarchy. Sama ziemia warta ok. 1 mln zł. Abp Sławoj Leszek Głódź w latach 1981–91 był zatrudniony w watykańskiej Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich. A skąd mają pieniądze inni hierarchowie, którzy w Watykanie nie pracowali?

Jako pracownicy kurii zarabiają niewiele. Raport KAI podaje: w 2012 r. biskup pomocniczy w dużej diecezji zarabiał 4500 zł, a biskup polowy w stopniu generała 10 700 zł brutto. Metropolita warszawski arcybiskup Kazimierz Nycz w 2016 r. na rękę dostawał 2700 zł. Nawet biorąc pod uwagę, że na życie nie wydają ani grosza: kuria zapewnia mieszkanie, wikt, opierunek i transport, a niektórzy wydają książki i są wykładowcami na uczelniach, trudno uznać to za kokosy. Bo podstawą dochodów biskupich jest „co łaska”.

Po każdej wizycie duszpasterskiej, uświetnieniu jakiejś parafialnej uroczystości biskupią osobą, proboszcz zapraszającej parafii wręcza dostojnikowi kopertę. Zwyczajowo jest to 1–2 tys. zł. Są i ambitni proboszczowie, którym bardzo zależy na przychylności kurii, np. po to, by zostać w dobrej bogatej parafii, ci dają i 5 tys. zł. Takich celebr w różnych parafiach biskup może mieć kilka w tygodniu. – Jest luka w prawie podatkowym, które nie nakłada obowiązku zgłaszania tych dochodów i płacenia od nich podatku – zauważa dr hab. Paweł Borecki.

Podobno abp Marek Jędraszewski w diecezji krakowskiej kopert wręczać zakazał: jeżeli proboszcz chce, może wpłacić na konto kurii. Jego poprzednik, emerytowany kardynał Stanisław Dziwisz, nigdy „co łaska” od proboszczów nie odmawiał, ale wszystko wpłacał na Centrum Jana Pawła II. Nieżyjący już arcybiskup Józef Życiński nie pozwolił zatrudnić się w kurii, mówiąc, że wystarczają mu dochody z wykładów i książek. Są też podobno tacy, którzy za pieniądze od proboszczów fundują stypendia zdolnym z biednych rodzin. Ale większość uważa, że to należny im dochód, takie biskupie iura stolae.

Hojne państwo

Raport pokazuje też, w jakim stopniu Kościół jest finansowany przez państwo. Rocznie to ponad 500 mln zł (bez pensji katechetów i kapelanów). Dyrektor KAI Marcin Przeciszewski w podsumowaniu „Analizy finansów Kościoła katolickiego w Polsce” zauważa, że finansowy wkład państwa we wspomaganie Kościoła jest o wiele niższy od przeciętnej europejskiej. I od wsparcia, jakiego Kościół udziela państwu w realizacji różnych zadań społecznych, edukacyjnych i kulturalnych, które szacuje na kilka miliardów złotych rocznie.

Część pieniędzy, jakie państwo łoży na Kościół, stanowi fundusz kościelny. Powstał jako rekompensata za utracone kościelne mienie w 1950 r., kiedy na podstawie ustawy o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki komuniści odebrali Kościołom ich własność. Majątek sukcesywnie jest odzyskiwany, ale fundusz ma się dobrze: w 2017 r. państwo wyłożyło na ten cel prawie 160 mln zł. Z funduszu finansowane są przede wszystkim składki na ubezpieczenie emerytalne i zdrowotne duchownych.

Państwo dofinansowuje też kościelne uczelnie wyższe (ponad 200 mln zł), renowację kościelnych zabytków (ponad 26 mln zł) i największą kościelną organizację charytatywną Caritas (ok. 5 mln zł). Do tego dotacje z Unii m.in. na modernizację i renowację kościołów (ponad 120 mln zł). No i strumień pieniędzy, jaki za rządów PiS płynie do ojca Tadeusza Rydzyka. Portal OKO.press skrupulatnie wyliczył: w ciągu ponad dwóch lat sprawowania władzy przez PiS redemptorysta otrzymał 80 mln 921 tys. zł z publicznych pieniędzy. Ok. 40 mln zł przeznaczono na geotermię. Prawie 26,5 mln zł otrzymała fundacja Lux Veritatis. Ojciec dyrektor ma obiecane kolejne 88 mln za 725 godzin amatorskich nagrań wywiadów o ratowaniu Żydów. To wkład fundacji Lux Veritatis w Muzeum Pamięć i Tożsamość im. św. Jana Pawła II, które ma powstać w 2020 r. przy toruńskim Porcie Drzewnym, między uczelnią medialną Tadeusza Rydzyka a jego kościołem.

Państwo z pieniędzy podatników łoży też hojnie na inne kościelne przedsięwzięcia, choćby budowę Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, którą minister Gliński wsparł dotacją 4 mln zł. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie kosztowały budżet ok. 170 mln zł.

Po włosku?

Jedno widać wyraźnie: „co łaska” nie wystarcza. A taki model finansowania, poza tym że nietransparentny, powodujący nierówności wśród duchowieństwa, jest co najmniej anachroniczny.

Art. 22 konkordatu (zawartego przez III RP ze Stolicą Apostolską w 1993 r.) przewiduje powołanie specjalnej komisji, która zajmie się koniecznymi zmianami w zakresie sposobu finansowania instytucji, dóbr kościelnych oraz duchowieństwa w Polsce. – Do tej pory taka komisja nie została powołana – mówi dr hab. Borecki. – To wielkie zaniechanie konkordatowe, którego efektem jest bardzo duża rozpiętość dochodów między parafiami i diecezjami. Żeby ucywilizować ten system, należałoby spojrzeć na doświadczenia innych państw.

W Niemczech np. księża są jak urzędnicy. Dostają pensje według tabeli płac. Proboszcz od 3 do 5 tys. euro brutto, w zależności od landu (tam, gdzie jest większość katolicka, zarabiają lepiej niż w landach protestanckich), stażu pracy i stopnia naukowego. Biskupi – od 8 do 12 tys. euro brutto. Uposażenia wypłaca budżet państwa z podatku, jakim objęci są wierni. Przynależność do jakiegoś Kościoła oznacza bowiem obowiązek utrzymywania go. W zależności od landu to 8–10 proc. kwoty podatku dochodowego od osób fizycznych. Skoro wierni łożą na Kościół, staje się oczywiste, że biorą udział w zarządzaniu tymi finansami: w diecezjalnych i landowych radach ds. ekonomicznych zasiadają świeccy. – To także wpływ konkurencji Kościoła protestanckiego, w którym laikat ma silny głos – mówi dr hab. Paweł Borecki. – Ale gdyby w Polsce wprowadzono podatek kościelny na wzór niemiecki, mielibyśmy do czynienia z falą apostazji.

Najczęściej zatem przywołuje się przykład włoski. Socjalistyczny rząd Bettino Craxiego, podpisując konkordat w 1984 r., wywarł presję na włoski Kościół i uzgodniono nowy system finansowania likwidujący nierówności dochodów między parafiami i diecezjami. – Wprowadzono dobrowolną asygnatę podatkową, możliwość przekazania ok. 1 proc. kwoty podatku dochodowego na rzecz Kościoła – mówi dr hab. Paweł Borecki. – I powołano krajowy oraz diecezjalne instytuty ds. utrzymania duchowieństwa, które zarządzają tymi pieniędzmi i wypłacają księżom pensje. Zachowano dobrowolną ofiarę wiernych, ale nie jest ona podstawowym źródłem utrzymania.

Próbę wprowadzenia podobnego rozwiązania podjął rząd PO i PSL w 2013 r.: likwidacja funduszu kościelnego w zamian za prawo wiernych do przeznaczenia 0,5 proc. należnego podatku rocznego na cele Kościołów i związków wyznaniowych. – Episkopat zaakceptował, choć część hierarchów chciała wyższej składki, 0,7 albo 1 proc., inni obawiali się, że to ograniczy dochody Kościoła – mówi Michał Boni, który jako minister administracji i cyfryzacji negocjował z Kościołem. – To było dobre rozwiązanie, prowadzące do większej przejrzystości finansów Kościołów. Ale pojawił się problem. Minister Jacek Rostowski, chcąc trzymać w ryzach budżet, zamroził finanse. Żadne nowe ustawy nie mogły powodować zwiększania wydatków budżetu. A tymczasem kalkulacje pokazywały, że po dwóchtrzech latach Kościoły i związki wyznaniowe zbierałyby z odpisów podatkowych więcej pieniędzy niż to, co było zagwarantowane w funduszu kościelnym.

– Szkoda, że się nie udało – mówi ksiądz Luter. – Jasne uregulowania byłyby o wiele zdrowsze dla wszystkich. Nie wiem, jaki system byłby najlepszy, słyszę od znających się na rzeczy, że włoski. Dziś Kościół nie myśli nawet o takim rozwiązaniu. Od przychylnej władzy dostaje wszystko, czego chce. A nawet więcej. – Sojusz tronu z ołtarzem zawsze jest niebezpieczny – mówi ksiądz Luter.

Polityka 38.2018 (3178) z dnia 18.09.2018; Temat z okładki; s. 12
Oryginalny tytuł tekstu: "Manna dla nieba"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną