Kraj

Smutek świętego Huberta

Smętne święto myśliwych

Obchody węgrowskiego Hubertusa. Od lewej: marszałek Senatu Maria Koc, były minister Jan Szyszko i szef Lasów Państwowych Andrzej Konieczny. Obchody węgrowskiego Hubertusa. Od lewej: marszałek Senatu Maria Koc, były minister Jan Szyszko i szef Lasów Państwowych Andrzej Konieczny. Michał Kość / Agencja Wschód
Myśliwi czekali, aż nagonka wypłoszy im zwierzęta na lufy. Zwierzęta się jednak nie kwapiły. Myśliwi stali smutno, podchodzili ekolodzy i próbowali z nimi dyskutować. Aż robiło się tych myśliwych zwyczajnie żal. Taki był tegoroczny Hubertus.
Aż było tych myśliwych szkoda: wstaje człowiek rano, jedzie na wielkie święto, podczas którego ani razu z drogiej flinty nie wypali.Michał Kość/Agencja Wschód Aż było tych myśliwych szkoda: wstaje człowiek rano, jedzie na wielkie święto, podczas którego ani razu z drogiej flinty nie wypali.
Biskup Dydycz (w środku), zwalisty, brodaty, narzekał w homilii, że nawet owad w Polsce jest chroniony, a życie poczęte – nie. Dlaczego?Agencja Wschód/Forum Biskup Dydycz (w środku), zwalisty, brodaty, narzekał w homilii, że nawet owad w Polsce jest chroniony, a życie poczęte – nie. Dlaczego?

W tym roku na węgrowskim Hubertusie, święcie myśliwych, nie było karety z bajki. Tej z zeszłego roku. To wtedy media obiegły zdjęcia bonzów kościelnych i partyjnych, między innymi biskupa Antoniego Pacyfika Dydycza i ówczesnego ministra ochrony środowiska Jana Szyszki, w karocy rodem z baśni Disneya: wielkiej, kulistej, w kształcie zaczarowanej dyni. Słowem – idealnej dla przewiezienia bajecznie bogatych dzieci na pokaz nowego filmu o Kopciuszku czy Królewnie Śnieżce. Bonzowie, widać było na zdjęciach, byli zachwyceni, kareta błyszczała i uświetniła swoim blaskiem i zawartością doroczne węgrowskie święto myśliwych.

Tylko że później internet śmiał się z tego przez ładnych kilka miesięcy. A właściwie do dziś się śmieje.

No więc tym razem karety nie było. Mimo że Hubertus jubileuszowy, bo dziesiąty, i to w 100-lecie odzyskania niepodległości. Trochę przez tę internetową bekę, trochę zapewne przez to, że film „Kler”, piętnujący m.in. proluksusową orientację polskiego Kościoła, bił kolejne rekordy oglądalności.

Właściciel karety pan Podniesiński, który na co dzień wynajmuje ją na „wesela, chrzciny, rocznice, komunie, randki, oświadczyny i inne okazje”, jak wypisał na wizytówce, w tym roku przywiózł ją do Węgrowa na lawecie tylko w celach reklamowych. W karocy siedzieli już nie hubertusowscy baszowie, a po prostu przyjaciele pana Podniesińskiego, popijając piwo z puszki.

– Dwa lata z rzędu brali – mówił pan Podniesiński, rozkładając ręce. – A w tym roku nic.

Dżentelmeni w czapeczkach

W tym roku Hubertus więc, choć jubileuszowy, upłynął dość smętnie, mimo pięknej pogody, w której Węgrów, przykryty złotymi liśćmi, wyglądał nie mniej bajecznie od karocy. Biskup Dydycz z węgrowskiego rynku do parafii ojca Pio musiał przyjechać zwykłym samochodem. Patron, dobrodziej i dobry duch węgrzyńskich Hubertusów Jan Szyszko, przy każdej możliwej okazji tytułowany profesorem, nie był już ministrem. Myśliwym dzień wcześniej nie bardzo wyszło polowanie: święty Hubert coś nie podarzył darami boru. Upolowano wszystkiego raptem kilka dzików. Ale to i tak lepiej niż na zeszłorocznym Hubertusie, gdy w ramach pokotu zaprezentowano z dumą zwłoki jednego dzika i jednego lisa.

Marszałek Senatu Maria Koc w przemówieniu inauguracyjnym tak lamentowała, że aż jej było szkoda. I to wcale nie ironicznie szkoda: pani Koc była naprawdę rozżalona i można było to zrozumieć. Mówiła o setkach lat tradycji łowieckiej, o leśnikach, którzy wiedzą, jak dbać o las, i myśliwych, którzy – tu już postawiła tezę bardziej kontrowersyjną – wiedzą, jak dbać o zwierzynę. Polska, mówiła Koc, jest zalesiona w jednej trzeciej swojego terytorium, za jedno wycięte drzewo leśnicy sadzą 13 nowych, powierzchnia lasów wciąż wzrasta, nie tak jak w pozostałych państwach UE. A inni, właśnie z tej UE, próbują nas pouczać, jak dbać o nasze dziedzictwo leśne, a my – mówiła ponuro – takiego pouczania nie potrzebujemy!

Wokół stały dziesiątki, jeśli nie setki, umundurowanych leśników, w bardzo pięknych galowych uniformach, nad sceną, na której – na przemian – odbywały się to przemówienia, to obrzędy religijne – wisiało wielkie zdjęcie przedstawiające jakiegoś dżentelmena w czapeczce myśliwskiej wraz z rodziną (ze sceny często podkreślano, jakby wyzywająco wobec dzisiejszych czasów, że Hubertus to święto rodzinne). Na prawie całej szerokości sceny siedzieli księża w odpowiednich na okazję, zielonych tunikach, w pozach pełnych dostojeństwa.

Wyglądało więc na to, że polska tradycja po czasie Lederowskiej „Prześnionej rewolucji”, podczas której Polska przestała być tą Polską, którą kiedyś była, która pozbawiła ją kształtu, ustawień, tradycji, właśnie tu, w Węgrowie, po brzegi wypełnionym tradycją i dawnym obyczajem, zaczyna wracać do swojej formy. Mundury, zawołania, hasła, nawet pewna elegancja – wydawało się, że stara, przedwojenna Polska, czerpiąca ze szlacheckiej tradycji, jest tuż-tuż.

Słuchając marszałek Koc i widząc coś, czego tak długo w Polsce brakowało, czyli osadzonej w polskiej tradycji formy, w człowieku budził się odruch: po cóż nam obce wzory! Alboż my to faktycznie jacy-tacy?

I tak się taplano w tej skrzywdzonej swojskości. Biskup Dydycz, zwalisty, brodaty, narzekał w homilii, że nawet owad w Polsce jest chroniony, a życie poczęte – nie. Dlaczego? Eksminister Szyszko wszedł w jeszcze większą depresję. Wołał, że Europa sztorcuje Polskę, że wycina ostatnią pierwotną puszczę, choć sama, żartował ponuro, sama, wychodzi na to, wycięła przedostatnią. Grzmiał, że przez „liberalno-lewackie kręgi” nie może do lasu zabrać swojego 17-letniego syna (bo myślistwa nie mogą uprawiać niepełnoletni), by „pokazać mu, jak wygląda normalność”, i że przedstawiciele tychże kręgów, wielokrotnie „nie znając prawa lub je nadinterpretując”, próbowali dzień wcześniej uniemożliwić myśliwym wykonywanie ich obowiązków. Zamiast bowiem oficjalnych wielkich łowów zorganizowano mało romantycznie brzmiący „odstrzał sanitarny”, żeby się „ekoterroryści” nie przyczepili.

Ale ci i tak się „przyczepili”.

Ale żeby opisać, jak to się odbyło, i dlaczego eksminister Szyszko w swojej ocenie sytuacji się jednak mylił, musimy cofnąć się o ponad dobę wcześniej. Do bladego świtu dnia poprzedzającego obchody pierwszego dnia Hubertusa.

Ekolodzy zebrali się na parkingu niedaleko pałacu w Łochowie, gdzie odbyć się miała modlitwa do św. Huberta i odprawa przed łowami. To znaczy przed odstrzałem sanitarnym. Ustalono, że blokowania polowania nie będzie: nie będzie przecież polowania. Odstrzał sanitarny – rzecz legalnie nie do podważenia. Ale wymagająca obywatelskiego monitoringu. Bo, a nuż, co mało prawdopodobne, przyjdzie myśliwym do głowy zignorować zakaz organizowania polowania? I zorganizować sobie nie odstrzał sanitarny, opatrzony rygorystycznymi zakazami i nakazami, ale zwykłe, hubertusowskie łowy? I nie przestrzegać zasad, wymagających na przykład oprawiania zwierzyny na specjalnie rozłożonych foliach, niestrzelania do innych zwierząt, niż wymaga tego sanitarny odstrzał, nieorganizowania pokotu itd.?

– Co tak stoicie, parking jest dla samochodów, a nie dla ludzi! – darł się na robiących mu miejsce do przejazdu ekologów jakiś dziarski myśliwy w terenówce. Myśliwi zjeżdżali się już w nocy: często wielkie, terenowe samochody albo zwykłe sedany, wyładowane po brzegi publiką w zielonych ciuchach, ze strzelbami w kamuflażowych pokrowcach.

Pałacu w Łochowie, który gościł Hubertusa, strzegli przed ekologami policjanci w co najmniej czterech škodach yeti i co najmniej jedna dodatkowa ekipa, nudząca się przed bramą w nieoznakowanym radiowozie. Wejścia do samego pałacu strzegli dodatkowo ochroniarze, którzy uparli się nie wpuszczać prasy. Zmiękli na chwilę, gdy usłyszeli, że jesteśmy z czasopisma „Darzbór”, i nawet zaczęli gdzieś dzwonić, ale dość szybko zorientowali się, że są robieni w balona, i później wodzili za nami tylko smutnym wzrokiem, w którym, jak można było mniemać, krył się głęboki zawód wobec gatunku ludzkiego jako takiego.

Zapowiedź łamania prawa padła już na odprawie, gdy zapowiedziano „odstrzał sanitarny w ramach polowania zbiorowego”. Komunikat do rozporządzenia wojewody mazowieckiego z maja tego roku mówi wyraźnie, że odstrzały takie nie mogą odbywać się w ramach polowań zbiorowych, ale wyłącznie indywidualnych. Wraz z ekologami poinformowaliśmy o tym strzegących myśliwych policjantów. Ci jednak, jak roboty, powtarzali, żeby zgłosić się na komendę (mimo że każdy policjant ma obowiązek przyjąć zgłoszenie), nie czepiać się i nie pouczać policjantów, jak mają pełnić służbowe obowiązki.

Później było jeszcze weselej. Tereny łowieckie nie były często w żaden sposób oznaczone, ekolodzy więc ani dziennikarze nie mieli nawet szansy złamać prawa, wchodząc na teren „odstrzałów sanitarnych”. Po lesie chodziły ubrane w pomarańczowe kamizelki chłopaki z nagonki, przez myśliwych fachowo zwanej naganką, i pohukiwały: o-hoo, e-hee, płosząc zwierzynę. W nagonce biorą udział kandydaci do kół łowieckich. Szli ławą przez las i huczeli. Myśliwi ich pouczali: – W tę idźcie! W tamtą! Źle idziecie!

Hegemon i Kapral

Myśliwi porozstawiani byli wzdłuż krawędzi lasu, co kilkadziesiąt metrów. Flinta we flintę, kapelutek w kapelutek, czapka w czapkę. Niektórzy nosili na kapeluszach pomarańczowe wstążki z logo X Hubertusa. Czekali, aż nagonka wypłoszy im zwierzęta na lufy. Zwierzęta jednak się nie kwapiły. Myśliwi stali smutno, tym smutniej, że podchodzili do nich ekolodzy i próbowali dyskutować.

Aż było tych myśliwych szkoda: wstaje człowiek rano, jedzie na wielkie święto, podczas którego ani razu z drogiej flinty nie wypali, a tu jeszcze podbijają nawiedzeni gówniarze i wciskają moralizatorskie banały. I nawet nie można odburknąć: a kiełbasę jesz?, bo przecież nie jedzą.

Dlatego rozmawiając z myśliwymi, próbowałem być w miarę miły i uprzejmy.

– Raz szedł na mnie odyniec – rozmarzył się pan, który, jak mówił, na co dzień jest budowlańcem. – Jednym strzałem go położyłem. Między oczy!

– A ile pan w życiu zabił? – spytałem. – Ze cztery przez dziesięć lat – powiedział smutno.

Inny, młodszy, mówił, że nie strzela dla mięsa. Ot, tak, dla przyjemności.

– Nie wejdziecie do tego lasu? Chce wam się tak tu stać? – pytałem, bo takie bezczynne stanie przy krzakach wydawało się bardziej nudne niż łowienie ryb w kałuży.

– A po co mamy wchodzić? – odpowiedział myśliwy w zadumie.

Jeszcze kolejny, wąsaty, dumnawy, twierdził, że też jest dziennikarzem: byłym naczelnym „Tygodnika Łowieckiego”. Po lesie poniosło się zagrane na rogu „rozładuj broń”, ale on i tak, mówił, już dawno rozładował. Przez nas. Bo to czasem do tyłu się strzela, a jak tu strzelać, gdy się ekolodzy i Bóg wie kto kręci – narzekał, nie pamiętając ewidentnie, że już na odprawie miał nakazane, by do tyłu nie strzelać, bo dzień piękny i grzybiarze mogą się po okolicy kręcić.

– Nie widziałem ani jednej tabliczki znakującej teren polowania – powiedziałem redaktorowi naczelnemu, na co ten się zmieszał, zaczął coś mówić o tym, że tabliczki to dopiero od 14 października, a dziś jest 13, po czym pogrążył się w rozmowie z kolegą myśliwym, który szczęśliwie nadszedł i wyzwolił redaktora z nieszczęścia. Redaktor opowiadał koledze o tym, że tak źle nie było: dzik go minął o mało-wiele.

– Czułem jego zapach, bo mam doskonały węch – toczyli panowie środowiskową pogawędkę. – O, o tyle nas minął. Nie strzelali, wiadomo, bo ekolodzy. Co tam grzybiarze i brak oznakowania terenu polowania zbiorowego. Co tam, że zbiorowe być nie powinno.

Wiesz, co by z tobą mafia zrobiła? – rzucił się w moją stronę jakiś słusznej postury myśliwy, wspierany przez mniejszego, wąsatego. Wyglądali jak Hegemon i Kapral z „Kajka i Kokosza”. – Panowie! – próbował ratować sytuację jeden z bardziej okrzesanych myśliwych. – Nasze zachowanie świadczy o nas! Powstrzymajcie się od słów typu „wypierdalaj” czy „spierdalaj”, nawet jeśli się z kimś nie zgadzacie!

Po jakimś czasie myśliwi wsiedli na zaprzężony w traktorek wóz i pojechali szukać szczęścia gdzie indziej.

Nie wszystkim grupom ekologów poszło tak łatwo. Doszło do tzw. eskalacji wzajemnych nieporozumień. Kawałek dalej, w innym terenie łowieckim, myśliwi spuścili ekologom powietrze z kół, a ekolodzy z kolei zgłosili policji, że wśród myśliwych przebywają osoby pod wpływem alkoholu. Gdy przyjechał patrol, jeden z piwkujących został wzięty na balonik, inny natomiast uciekł do lasu i ślad po nim zaginął. Jeszcze inny rzucił się na ziemię i, omiatany zdziwionymi spojrzeniami, udawał pobitego przez ekologów.

Tak, ogólnie rzecz biorąc, wyglądały „próby uniemożliwienia myśliwym wykonywania ich obowiązków”, podejmowane przez osoby „nieznające prawa lub je nadinterpretujące”, na które biadolił eksminister Jan Szyszko, ciągle tytułowany profesorem.

Aktywiści ze społecznego monitoringu polowań w wydanym przez siebie raporcie (całość można znaleźć na stronie niechzyja.pl) stwierdzili następujące nieprawidłowości: „polowano zbiorowo wbrew komunikatowi Wojewody Mazowieckiego o odstrzale indywidualnym; l polowano nie tylko na dziki; l wykazano nieprzestrzeganie wymogów bioasekuracji przez myśliwych, pozostawienie resztek zabitych dzików i krwi, bez zabezpieczenia; nie wszystkie polowania zostały prawidłowo zgłoszone do gmin, a teren polowań był prawie całkowicie nieoznaczony, co naraziło postronnych użytkowników lasu na utratę życia lub zdrowia; l został stwierdzony przez policję jeden nietrzeźwy myśliwy, drugi uciekł do lasu; l zgłoszono obecność osoby niepełnoletniej przy rozpoczęciu polowania; l myśliwy symulował przewrócenie na ziemię i na swoją broń, po czym zgłosił to policji jako pobicie; l agresja w stosunku do monitorujących osób, m.in. celowe najechanie samochodem na człowieka; l spuszczanie przez myśliwych powietrza z kół samochodów”.

Jaki Hubertus, takie uchybienia.

Można więc z okazji dnia św. Huberta oczywiście mówić o wielkiej tradycji polskiego łowiectwa i na niej opierać swoją niechęć do każdej kontroli, czy to społecznej, czy to unijnej. Rzecz jednak w tym, że to, co się dzieje w polskim myślistwie, tak przypomina dobre obyczaje wynikające z tej tradycji jak przejażdżka karocą dla księżniczek z bajki ma się do starej, tradycyjnej i szlachetnej formy, jakiej dawne myślistwo wymagało.

Polityka 42.2018 (3182) z dnia 16.10.2018; Polityka; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Smutek świętego Huberta"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną