Kraj

Z jakiej partii są Bezpartyjni?

Bezpartyjni samorządowcy z Dolnego Śląska zawiązali koalicję z PiS

Dolnośląscy rozgrywający z Bezpartyjnych Samorządowców, od lewej: Jerzy Michalak, Robert Raczyński, Dariusz Stasiak, Cezary Przybylski, Katarzyna Obara-Kowalska. Dolnośląscy rozgrywający z Bezpartyjnych Samorządowców, od lewej: Jerzy Michalak, Robert Raczyński, Dariusz Stasiak, Cezary Przybylski, Katarzyna Obara-Kowalska. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
W ostatnich wyborach Bezpartyjni Samorządowcy dostali więcej głosów niż PSL w 2015 r. Za cenę obniżenia podatku miedziowego właśnie zawiązali na Dolnym Śląsku koalicję z PiS. A za rok podejmą kolejną próbę dostania się do Sejmu. I spróbują wcisnąć się do rządu.
Robert RaczyńskiSimona Supino/Forum Robert Raczyński
Jednym ruchem Raczyński zapewnił rządzonemu przez siebie Lubinowi i okolicznym gminom, na terenie których usytuowane są zakłady KGHM, roczne wpływy rzędu nawet 60–80 mln zł.Marek Maruszak/Forum Jednym ruchem Raczyński zapewnił rządzonemu przez siebie Lubinowi i okolicznym gminom, na terenie których usytuowane są zakłady KGHM, roczne wpływy rzędu nawet 60–80 mln zł.

Artykuł w wersji audio

Na Dolnym Śląsku 73-tys. Lubin znany jest głównie z funkcjonującego na jego terenie giganta KGHM. Może jeszcze grającego w Ekstraklasie Zagłębia, też zresztą należącego do miedziowego kombinatu. Ze stolicy regionu Wrocławia to tylko 76 km. Z sąsiedniej 100-tys. Legnicy kilkanaście. Ale to właśnie w tym miasteczku bije dziś polityczne serce regionu.

To także tu w 2014 r. „wymyślono” i stworzono Pawła Kukiza jako polityka. Stąd rok później kierowano jego kampanią prezydencką, w której udało mu się przekonać do swojego nieco chaotycznego programu co piątego polskiego wyborcę. Tu wreszcie powołano do życia Bezpartyjnych Samorządowców, którzy w zachodniej Polsce wyrośli na trzecią siłę w ostatnich wyborach samorządowych. Ich kandydaci na prezydentów triumfowali w ostatnich wyborach nie tylko w Lubinie, gdzie tradycyjnie (już po raz piąty i po raz czwarty z rzędu już w pierwszej turze) bezkonkurencyjny okazał się Robert Raczyński. Kolejne kadencje zapewnili sobie związani z Bezpartyjnymi również prezydenci Bolesławca (Piotr Roman), Zielonej Góry (Janusz Kubicki) i Szczecina (Piotr Krzystek).

Ze swoimi sześcioma mandatami w sejmiku dolnośląskim Bezpartyjni są głównym rozgrywającym. Mija tydzień, jak zawiązali w nim koalicję z PiS.

Przez trzy tygodnie o ich względy równie mocno zabiegała Platforma, zdesperowana, by utrzymać władzę w jednym ze swoich mateczników. Za cenę zawiązania współpracy w swoim macierzystym regionie Schetyna gotów był dopuścić Bezpartyjnych Samorządowców tam, gdzie do większości nie są mu potrzebni: w Lubuskiem i Zachodniopomorskiem. Ostatecznie nie był jednak w stanie konkurować z ofertą wspomaganą rządowymi pieniędzmi.

Dwa tygodnie temu Robert Raczyński, który przewodzi Bezpartyjnym Samorządowcom, spotkał się w Warszawie z Mateuszem Morawieckim, z którym zna się jeszcze z czasów wspólnego zasiadania w klubie AWS dolnośląskiego sejmiku na przełomie XX i XI w. Postawił jeden główny warunek: koalicja w zamian za obniżenie podatku miedziowego. Po tygodniu namysłu premier się zgodził, co oznacza, że tym jednym ruchem Raczyński zapewnił rządzonemu przez siebie Lubinowi i okolicznym gminom, na terenie których usytuowane są zakłady KGHM, roczne wpływy rzędu nawet 60–80 mln zł.

W nowym zarządzie województwa Bezpartyjni będą mieli prawo wskazania nie tylko marszałka, ale i dwóch jego członków. PiS zadowoli się w nim tylko dwoma miejscami i stanowiskiem przewodniczącego sejmiku.

Na tym jednak nie koniec. Bo jak słychać nieoficjalnie, przedmiotem umowy były również stanowiska w spółkach należących do miedziowego giganta, które w przyszłości objąć będą mogli „lubińscy”. Już po zawarciu porozumienia lider PO zarzucił PiS „polityczną korupcję”, a Bezpartyjnym Samorządowcom, choć nie wyartykułował tego wprost, coś na kształt „politycznej prostytucji”.

– Na jednej szali mieli ofertę od nas: opartej na zaufaniu rzeczywistej współpracy na rzecz całego regionu, na drugiej czystą gotówkę, przede wszystkim dla samego Lubina – ocenia Grzegorz Schetyna. – Mam nadzieję, że wyborcy zapamiętają sobie na przyszłość, że głos oddany na Bezpartyjnych to w rzeczywistości głos oddany na PiS.

Nie ideologia, ale interesy

Z obrotowości swojej ekipy Robert Raczyński uczynił metodę działania. Zaraz po wyborach rozpoczął rozgrywkę z PiS i Platformą. Jeśli rozmawiał z Morawieckim, to chwilę potem umawiał się na spotkanie ze Schetyną. Za każdym razem podkreślając, że jest w stanie dogadać się z każdym. Bo w polityce chodzi mu o robienie interesów.

Nie jesteśmy obozem politycznym, więc nie scala nas ideologia, a chęć załatwiania wspólnych projektów – klarował jeszcze przed podjęciem decyzji Raczyński. I powtarzał do znudzenia: – Naszą najważniejszą cechą jest zdolność do rozmowy ze wszystkimi. Każdy, kto będzie chciał z nami współpracować, będzie musiał jednak przystać na realizację naszego programu jako dominującego. Jeśli PiS na to pójdzie, to będziemy rządzić z PiS. Jeśli Platforma, to też się dogadamy. Do obu zachowujemy równy dystans.

W Platformie mówią dziś, że to tylko poza. Bo Raczyńskiemu zawsze bliżej było do PiS niż ich obozu. Że powyborcze targi traktował jak poligon przed przyszłorocznymi wyborami, kiedy to Bezpartyjni będą chcieli wystawić listy w całym kraju i powalczyć o miejsca w Sejmie. A potem być w nim języczkiem u wagi, który da PiS kolejną kadencję w rządzie. Wystawiając za to oczywiście równie słony jak obecnie rachunek. Pomóc w tym mają nie tylko dobre kontakty samego Raczyńskiego z Mateuszem Morawieckim, ale Patryk Wild, jeden z bezpartyjnych radnych, brat Mikołaja Wilda – wiceministra infrastruktury i pełnomocnika rządu ds. budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego.

Ale stratedzy z Lubina nie byliby sobą, gdyby nie zakładali różnych scenariuszy. Co jeśli przyszłoroczne wybory wygra jednak Platforma z Nowoczesną?

– Sami większości nie zdobędą. A wtedy i dla nich będziemy mieli ofertę. Bo my się na nikogo nie obrażamy – śmieje się jeden z Bezpartyjnych Samorządowców. – Interesuje nas przede wszystkim współpraca z rządem. Niezależnie, czy to PiS czy PO. A i koalicję w sejmiku Dolnego Śląska można w każdej chwili zmienić. Do odwołania obecnego zarządu potrzebnych będzie 22 radnych. To dokładnie tylu, ilu liczy obecna sejmikowa opozycja plus my.

Idealiści, indywidualiści

Jeśli spojrzeć na przeszłość polityków tworzących dziś Bezpartyjnych Samorządowców, znajdą się wśród nich zawiedzeni przedstawiciele wszystkich głównych partii. Sam Raczyński w latach 90. związany był z nieco dziś zapomnianą Partią Chrześcijańskich Demokratów. Prezydent Bolesławca Piotr Roman należał kolejno do Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego, Przymierza Prawicy i PiS. Razem z Raczyńskim wchodzili w skład komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich w 2010 r.

Wybrany na prezydenta Zielonej Góry Janusz Kubicki był członkiem SdRP, a potem SLD. Piotr Krzystek i dotychczasowy marszałek Dolnego Śląska Cezary Przybylski to z kolei byli prominentni członkowie Platformy Obywatelskiej. Pierwszy opuścił partię po tym, gdy odmówiła mu poparcia w wyborach samorządowych w 2010 r. Drugi odszedł po przejęciu steru w PO przez Grzegorza Schetynę.

Co spina ludzi z tak różną polityczną przeszłością? „Jesteśmy pracującymi na rzecz społeczności lokalnych samorządowcami, dla których nadrzędną zasadą jest niezależność gmin, miast i regionów, szacunek dla indywidualnych potrzeb naszych społeczności oraz brak konieczności podporządkowania się odgórnym wytycznym. Jesteśmy ruchem wolnych ludzi, którzy w codziennej pracy nie potrzebują partyjnej struktury i ograniczeń narzucanych przez centralne komitety” – sformułowali w swoim politycznym credo, przyjętym podczas ubiegłorocznego I Kongresu Ruchu Samorządowego Bezpartyjni w Tarnowie Podgórnym w Wielkopolsce. Raczyński mówił tam: „Polacy są już dawno zmęczeni walkami politycznymi w kraju. To zmęczenie, które widać teraz, na co dzień, i które jest widoczne w procesie wyborczym. W ostatnich wyborach nasi kandydaci bezpartyjni zdobywali po 60 proc. poparcia w pierwszej turze, a więc już nam wyborcy sygnalizowali, że ta oferta partyjności samorządów jest ofertą złą, niedobrą dla Polski”.

Pytany, czy współpraca z partią, która dąży do podporządkowania samorządów władzy centralnej, do tego odpowiada za łamanie konstytucji, wygasza niezależność sądów i powoli zmierza do wycofywania Polski z Europy, nie burzy jego definicji „bezpartyjności”, Raczyński uśmiecha się: – To wszystko problemy krajowe, a my się tymi w regionach zajmować nie będziemy – mówi spokojnie. – Czy jako prezydent Lubina miałbym się obrażać o to, że w KGHM mam prezesa z PiS? Przecież to głupie, bo nie moglibyśmy współpracować na rzecz Lubina. Uważam więc, że problemy parlamentarne muszą być rozwiązywane w parlamencie. A to, że partie polityczne są nieudolne i nie chcą tego robić, według mnie zresztą celowo, to ich problem, nie mój.

Wywodzącemu się z Platformy Przybylskiemu, który zgodnie z umową koalicyjną pozostanie na stanowisku marszałka, odpowiedź na tak zadane pytanie przychodzi z większym trudem: – To, że decydujemy się na współpracę z PiS, nie znaczy, że będziemy jak oni – mówi. – To będzie wręcz wyzwaniem: pokazać, jak jesteśmy od nich różni. Także w kwestii pewnych wartości.

Operacja „Paweł Kukiz”

Lubinem Raczyński rządzi nieprzerwanie od 16 lat (był jego prezydentem również w latach 1990–94). 21 października po raz czwarty wybrano go już w pierwszej turze. Rządzi niepodzielnie – w urzędzie nie ma nawet zastępcy, a w poprzedniej kadencji w 23-osobowej radzie miejskiej miał 22 swoich radnych. Ostatni wszedł do niej tylko dlatego, że na wyborczej ulotce napisał, że też popiera Raczyńskiego.

Pod jego okiem miasto kwitnie i dawno już z sypialni dla górników i kadr KGHM przemieniło się w całkiem wygodne miejsce do życia. Z bezpłatną komunikacją, darmowym internetem dla wszystkich, dobrymi drogami dojazdowymi i nowoczesnymi miejscami wypoczynku i rekreacji. W ostatnich latach przybyła nowoczesna hala widowisko-sportowa i kompleks otwartych basenów. Jest lodowisko i jedyny w regionie tor łyżwiarski. Minizoo z naturalnych rozmiarów figurami dinozaurów. A mieszkańcy, choć majętni (średnia pensja w KGHM to dziś ok. 10 tys. zł, przy czym zatrudnieni w kombinacie biorą ich w roku nie 12, a 14), nie płacą podatków od nieruchomości i posiadanych psów. Bo Raczyński uznał, że miasto z budżetem ponad 400 mln zł da sobie bez tego radę.

Niedawno wprowadził się do odnowionego ratusza, który od lat 90. wynajmowany był jednemu z banków. Wraz z budynkiem zrewitalizowany został okoliczny plac, który służy teraz lubinianom jako miejsce organizowania miejskich koncertów i imprez, jak choćby tradycyjne obchody tzw. zbrodni lubińskiej.

– Robert już kilka lat temu doszedł do wniosku, że w lokalnej polityce wygrał wszystko, co jest do wygrania. I chce więcej – opowiada dobry znajomy prezydenta z samorządu, który prosi jednak o niepodawanie nazwiska.

Na ogólnopolskie wody próbował wypływać dotychczas dwukrotnie. I dwukrotnie bez większego powodzenia. Najpierw wystawienie wspólnej listy do Sejmu zablokował współpracujący z Raczyńskim w ramach projektu Polska XXI prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Współtworzona przez nich Unia Prezydentów wystawiła listy tylko do Senatu. Skończyło się blamażem – spośród 100 kandydatów mandat zdobył tylko Jarosław Obremski, dotychczasowy zastępca Dutkiewicza we wrocławskim magistracie.

Po tych wyborach drogi Dutkiewicza i Raczyńskiego się rozeszły. Pierwszy w 2014 r., już po zmarginalizowaniu Schetyny i odebraniu mu władzy nad dolnośląskimi strukturami przez Jacka Protasiewicza, postawił na współpracę z Platformą Obywatelską. Drugi rozpoczął budowę własnego środowiska. Tak powstali Bezpartyjni Samorządowcy.

Do startu w wyborach do sejmiku udało się wtedy Raczyńskiemu namówić Pawła Kukiza, wówczas jeszcze bardziej muzyka celebrytę niż lidera społecznego buntu przeciwko „partiokracji”.

– Już wtedy mówił mi, że wystawiają Pawła tylko po to, by przetestować go później jako kandydata protestu w wyborach prezydenckich. A następnie powalczą z nim o miejsca w parlamencie – wspomina dzisiaj Dutkiewicz. – Miała to być próba powtórzenia tego, co wydarzyło się po wyborach prezydenckich w 2000 r., kiedy to na 17-proc. wyniku Andrzeja Olechowskiego powstała Platforma Obywatelska.

I o ile wybory prezydenckie wyszły Bezpartyjnym i Kukizowi lepiej, niż ktokolwiek się spodziewał – liczyli na maksymalnie 15 proc. głosów, dostali co piąty – o tyle zaplanowane kilka miesięcy później wybory do parlamentu zakończyły się klęską. Zaraz po kampanii prezydenckiej, sfinansowanej, ułożonej i prowadzonej przez ludzi z Lubina, Kukiz obraził się na Bezpartyjnych Samorządowców. Oskarżył, że „na jego plecach chcą się dostać do Sejmu” i zamiast nich, na listy swojego ruchu zaprosił Ruch Narodowy i Kongres Nowej Prawicy. I z tak skleconej ekipy wprowadził na Wiejską 42 posłów (dziś, po ostatnim odejściu Marka Jakubiaka, zostało mu tylko 26).

Próbując ratować swój projekt, w 2015 r. Bezpartyjni Samorządowcy zarejestrowali ogólnopolski komitet. Udało im się zaprosić na listy m.in. Andrzeja Aumillera, ministra budownictwa w rządzie Jarosława Kaczyńskiego (z nadania Samoobrony), i kilku znanych sportowców. Ale skończyli z poparciem na poziomie 0,1 proc.

Woltę Kukiza Robert Raczyński przyjął wtedy z mieszaniną zawodu i pogardy. „Szukaliśmy znanej twarzy. Może gdybyśmy postawili nie na Pawła, a na przykład Dodę, to w wyborach prezydenckich dostalibyśmy nie 20, a 30 procent?” – kpił w 2015 r. w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Ale dziś wielkich emocji między oboma politykami już nie ma. „Cieszę się z wysokiego wyniku Bezpartyjnych Samorządowców, bo z nimi zaczynałem współpracę jeszcze w czasach startu do sejmiku dolnośląskiego i propagowania jednomandatowych okręgów wyborczych – mówił w jednym z ostatnich wywiadów Kukiz. – Oni mają bardzo podobne postulaty zmian ustrojowych. Są mi bliscy programowo. Co z tego będzie? Czas pokaże, czy potrafimy iść wspólną drogą”.

Raczyński: – Z Pawłem utrzymujemy normalne relacje. Przed wyborami samorządowymi odwiedził mnie nawet w Lubinie. Czy będziemy współpracować – nie wiem. Wiem natomiast, że w polityce nie mówi się „nigdy”.

O przyszłości za kilka tygodni

Na Bezpartyjnych Samorządowców w całym kraju oddano trzy tygodnie temu 800 tys. głosów. To mniej niż na Kukiza, ale to oni mają swoich przedstawicieli nie tylko w sejmikach. Kukiz nie ma żadnego. Bezpartyjni mają kilku swoich prezydentów (Szczecin, Zielona Góra, Lubin, Bolesławiec) i burmistrzów (Kórnik, Sejny, Ścinawa, Chocianów). Kukiz tylko Wojciecha Bakuna, który wygrał w Przemyślu.

I choć Raczyński unika odpowiedzi nie tylko na pytanie o możliwość ponownej współpracy z Pawłem Kukizem, ale i o to, czy Bezpartyjni rzeczywiście będą w 2019 r. po raz kolejny próbowali dostać się do Sejmu, to jak słychać nieoficjalnie, przynajmniej w tym drugim przypadku, klamka zapadła dawno temu. Formalną decyzję podjąć ma jednak rada wykonawcza Bezpartyjnych Samorządowców, która zbierze się za kilka tygodni. Oczywiście w Lubinie.

***

Autor jest dziennikarzem „Gazety Wyborczej”.

Polityka 47.2018 (3187) z dnia 20.11.2018; Polityka; s. 18
Oryginalny tytuł tekstu: "Z jakiej partii są Bezpartyjni?"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Suszarki do rąk są za głośne dla dzieci – alarmuje 13-letnia badaczka

Dzieci to doskonali obserwatorzy, dostrzegający często to, co umyka dorosłym. 13-letnia Nora Louise Keegan zrobiła to niedawno na łamach międzynarodowego czasopisma naukowego, pisząc o hałasie z elektrycznych suszarek do rąk.

Piotr Rzymski
12.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną