Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

W imię ojca i syna

Gdybyśmy wszyscy byli dziećmi polityków partii rządzącej, moglibyśmy zaspokoić nasze ambicje oraz rosnące potrzeby materialne, a rodzice byliby z nas dumni, bo nie musielibyśmy im nic zawdzięczać.

Ministrowi koordynatorowi służb specjalnych Mariuszowi Kamińskiemu zarzucono, że pomógł załatwić synowi dobrze płatną pracę w Banku Światowym. W odpowiedzi rzeczniczka rządu Joanna Kopcińska oświadczyła, że „dzieci polityków, nasze dzieci, są młodymi, wykształconymi, znającymi języki ludźmi, którzy sami decydują o wyborze własnej drogi życiowej”. Te dzieci muszą gdzieś pracować, a ponieważ są zdolne i inteligentne, za dużego wyboru, niestety, nie mają. Wiadomo, że wykształcone dziecko polityka partii rządzącej nie pójdzie do pracy, którą może wykonać mniej rozgarnięte dziecko kogoś innego, bo jakby poszło, pokazałoby, że wcale nie jest takie inteligentne.

Powiedzmy sobie jasno: gdyby wszyscy Polacy byli dziećmi polityków partii rządzącej, Polska rozwijałaby się dynamiczniej. Szkoda, że obecni politycy partii rządzącej nie są swoimi dziećmi, bo byliby bardziej kompetentni, inteligentni i lepiej wykształceni. Nie wykluczam, że pani Kopcińska byłaby bardziej zabawna i błyskotliwa, będąc dzieckiem jakiegoś polityka PiS. Uważam też, że gdyby minister Błaszczak czy marszałek Kuchciński, zamiast być sobą, byli swoimi synami, międzynarodowy wizerunek Polski zyskałby na tym.

Gdybyśmy wszyscy byli dziećmi polityków partii rządzącej, moglibyśmy zaspokoić nasze ambicje oraz rosnące potrzeby materialne, a rodzice byliby z nas dumni, bo nie musielibyśmy im nic zawdzięczać. W Polsce złożonej z dzieci polityków partii rządzącej nie istniałoby bezrobocie ani osoby życiowo niezaradne, którym trzeba coś załatwiać. Wszyscy posiadaliby płynną znajomość języków obcych oraz pracę w Banku Światowym, w NBP albo w jakiejś agencji czy radzie nadzorczej. Dzięki temu nie dochodziłoby do nepotyzmu, kolesiostwa, a w codziennych kontaktach niepotrzebne byłyby szumidła i dyktafony.

Polityka 48.2018 (3188) z dnia 27.11.2018; Felietony; s. 6
Reklama