Kraj

Paragrafy na artykuły

Media na celowniku władzy

Protest w związku z cenzurą mediów podjętą przez Narodowy Bank Polski w sprawie afery KNF. Protest w związku z cenzurą mediów podjętą przez Narodowy Bank Polski w sprawie afery KNF. Adam Stępień / Agencja Gazeta
PiS po podporządkowaniu sobie – tak mu się przynajmniej wydaje – porządku prawnego wzięło się za medialny. Stosując różne formy prawnej przemocy.
Prokurator generalny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro za swoich poprzednich rządów słynął z wytaczania procesów mediom.Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta Prokurator generalny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro za swoich poprzednich rządów słynął z wytaczania procesów mediom.
Szef NBP Adam Glapiński.Grzegorz Bukała/Agencja Gazeta Szef NBP Adam Glapiński.

Artykuł w wersji audio

Nie będzie na razie zapowiadanej przez PiS ustawy wprowadzającej „ład medialny”. Bo PiS przed wyborami znowu lubi konstytucję i Unię Europejską. I pragnie narodowej zgody. Media „uładzi” ustawowo po kolejnym wyborczym zwycięstwie. Ale to nie znaczy, że im teraz odpuszcza.

Ujawnienie przez „Gazetę Wyborczą” afery KNF sprowokowało PiS do użycia prawnej przemocy przeciw niezależnym mediom. Najpierw uruchomiono policję i prokuraturę, czyli procedurę karną. Prorządowe media oskarżyły TVN o podżeganie do publicznego pochwalania faszyzmu przez zamówienie i opłacenie inscenizacji urodzin Hitlera. Potem wszczęto dochodzenie w sprawie podania przez dziennikarza „Newsweeka” miejsca zamieszkania dublera sędziego TK Mariusza Muszyńskiego. To na razie postępowania „w sprawie”, a nie „przeciwko”, ale warto pamiętać, że umożliwiają sięganie po działania operacyjne – w wersji light np. po billingi i kontrolę aktywności dziennikarza – a może też redaktorów – w internecie. W ostatnią sobotę przeszukano mieszkania dziennikarzy niezależnego portalu OKO.press, szukając nagrania z wtargnięcia na scenę podczas koncertu Chóru Aleksandrowa aktywistów protestujących przeciw działaniom Rosji wobec Ukrainy. W sprawie o wykroczenie mamy drastyczne naruszenie prywatności, zastraszenie, złamanie zasad ochrony tajemnicy dziennikarskiej.

Uruchomiono też sądy i procedurę cywilną: ochrony dóbr osobistych. Szef NBP Adam Glapiński zażądał nałożenia przez sąd zakazu publikacji łączących go z aferą KNF. Marszałek Senatu Stanisław Karczewski zapowiedział podawanie do sądu każdego, kto będzie łączył PiS z aferą KNF. PiS złożył w sądzie żądanie przeprosin od prof. Wojciecha Sadurskiego za wpis na Twitterze, w którym nazwał tę partię „zorganizowaną grupą przestępczą”.

Metodą takiego blokowania próbowały się już wcześniej posłużyć także SKOK, po serii artykułów śledczych Bianki Mikołajewskiej, próbując uniemożliwić POLITYCE publikację jakichkolwiek tekstów o Kasach. Ostatnio presję na nas miała wywrzeć sprawa karna z oskarżenia prywatnego Krajowej SKOK przeciwko Joannie Solskiej dotycząca notki z 2014 r., „Bardzo drogi parasol”. Sprawa, wygrana przez POLITYKĘ w dwóch instancjach, toczyła się ponad cztery lata.

W sądzie jest też sprawa wytoczona przez Krajową SKOK przeciwko kolejnemu dziennikarzowi POLITYKI Cezaremu Kowandzie – za porównanie w lipcu 2017 r. afery SKOK z aferą Amber Gold. Wyrok ma zapaść w lutym 2019 r.

Kolekcja straszaków

„Gazeta Wyborcza” podsumowała, że od początku rządów PiS partia, organy państwa – w tym minister sprawiedliwości prokurator generalny – i zależne od nich instytucje, np. TVP czy Polska Grupa Zbrojeniowa, wszczęły już (za pieniądze podatników) przeciw „Wyborczej” i jej dziennikarzom 19 spraw o krytyczne publikacje.

Można zapytać: cóż z tego? Skoro jest podejrzenie przestępstwa, nie ma powodu, by prokuratura zaniechała działania tylko dlatego, że dotyczy dziennikarzy. Skoro politycy czy instytucje czują się obrażeni – nie powinno się im odmawiać prawa do ochrony prawnej. Przedtem też po nią sięgano.

Rzeczywiście, choć nie w takim natężeniu. Np. prokurator generalny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro za swoich poprzednich rządów słynął z wytaczania procesów mediom. Był też proces prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego przeciwko dziennikowi „Życie” za artykuł „Wakacje z Agentem”, w którym żądał rujnującego gazetę 2,5-milionowego zadośćuczynienia. Władze lokalne non stop gnębią procesami lokalne media. I też potrafią uruchamiać policję i prokuraturę. Za rządów PO-PSL było słynne przeszukanie w redakcji „Wprost” po ujawnieniu przez nią nagrań „afery taśmowej”. I wyrywanie laptopa dziennikarzowi (notabene w tej akurat sprawie jest dziś pełna wolność: TVP emituje coraz to nowe „taśmy kelnerów” i nikt jej za to nie ściga).

Słowem, przez lata III RP było wiele kontrowersyjnych zdarzeń na linii władza–media związanych z krytyką władzy. Ale nigdy jeszcze żadna władza w Polsce – nawet PRL (pomijając czasy stalinowskie) – nie podporządkowała sobie w takim stopniu prokuratury i sądów. Prokuratura jest podległa rządowi, wymieniono ludzi na wszystkich funkcjach kierowniczych. Bez konkursu, na polecenie prokuratora ministra Zbigniewa Ziobry. A sam prokurator Ziobro jest superprokuratorem, który może – jawnie albo za pomocą zakulisowych nacisków, do których ma narzędzia prawne – pchnąć każdą sprawę w dowolnym kierunku. Ma też prawo do manipulowania informacjami ze śledztwa.

W sądach zaś, oprócz wymiany kadry kierowniczej, zabezpieczył sobie możliwość wpływania na to, jaki sędzia będzie sądził sprawy, na których zależy rządowi, partii czy konkretnym ludziom władzy. Umożliwia to system losowania spraw, którego „końcówka” jest w ministerstwie, a którego zasady działania i prawidłowość samego procesu losowania nie podlegają niezależnej kontroli. Do tego dochodzi możliwość odbierania sędziom spraw przez prezesów sądów, na mocy nowych przepisów o „zmianie zakresu obowiązków” sędziego. No, i uruchomiony już straszak w postaci odpowiedzialności dyscyplinarnej, także za treść orzeczeń.

Tak przygotowane organy ścigania i wymiaru sprawiedliwości mogą być skutecznym narzędziem do wyciszania narracyjnych zakłóceń, czyli krytyki jedynie słusznych poczynań PiS przez niezależne media. Do czasu aż, w drugiej kadencji, PiS wprowadzi zapowiadany „ład medialny”, który owe zakłócenia wyciszy definitywnie. Jak na Węgrzech.

Czy poza politycznym podporządkowaniem aparatu ścigania i wymiaru sprawiedliwości, jest w ostatnich zderzeniach władzy PiS z mediami coś prawnie wątpliwego?

Przestępstwo TVN

Prokuratura wszczęła postępowanie przeciwko dziennikarzom „Superwizjera” TVN za „zamówienie” urodzin Hitlera, bez żadnych dowodów, na podstawie pomówienia jednej osoby. W dodatku takiej, która odnosi z tego bezpośrednią, osobistą korzyść: blokuje własny proces za organizację tego wydarzenia.

Po drugie, wcześniej prokuratura ustaliła, że dziennikarze niczego nie zamawiali, tylko przeniknęli do grupy neofaszystów i sfilmowali jeden z ich rytuałów. Na tej podstawie jeden z uczestników tej imprezy już poddał się karze.

Po trzecie, „Gazeta Wyborcza” ujawniła, że akt oskarżenia wobec uczestników „urodzin”, którzy nie poddali się dobrowolnie karze, był już gotowy w październiku, a roli dziennikarzy TVN nie uznano w nim za wykraczającą poza standardy dziennikarstwa śledczego. Jednak w sprawę zaingerowała Prokuratura Regionalna w Katowicach (najbardziej zaufana prokuratura Zbigniewa Ziobry). Nakazała wstrzymanie się z aktem oskarżenia i zbadanie roli dziennikarzy TVN pod kątem podżegania do przestępstwa.

Po czwarte, „Wyborcza” ujawniła, że prokuratura łamie prawo wobec operatora „Superwizjera” Piotra Wacowskiego, który, biorąc udział w reportażu, dał się sfotografować w hitlerowskim geście na tle flagi ze swastyką. Prokuratura postawiła mu zarzut propagowania faszyzmu, a po protestach – m.in. liście ambasador USA Georgette Mosbacher – ogłosiła, że zarzut wycofała jako przedwczesny. W rzeczywistości jednak nie wycofała. Ale też nie przedstawiła go podejrzanemu. A więc operator ma status podejrzanego, ale nie może korzystać ze swoich praw: poznać dokładnej treści zarzutu, złożyć wyjaśnień, mieć dostępu do akt sprawy. Prokuratura łamie 313 par. 1 Kodeksu postępowania karnego, który nakazuje „niezwłoczne” ogłoszenie zarzutów podejrzanemu.

Bez dowodów, wbrew ustaleniom wielomiesięcznego śledztwa, z naruszeniem prawa – naprawdę trudno uznać, że prokuratura w tej sprawie po prostu rutynowo wyjaśnia doniesienie o rzekomym zamówieniu imprezy przez TVN.

Przestępstwo ujawnienia

W środku afery KNF pojawia się kolejna informacja: o wezwaniu na przesłuchanie dziennikarza „Newsweeka” Wojciecha Cieśli. Przestępstwo z prawa prasowego (obowiązek zachowania w tajemnicy informacji mogących naruszać „chronione prawem interesy osób trzecich”), w związku z ustawą o ochronie danych osobowych. W tekście „Dubler”, kreślącym sylwetkę mianowanego wiceprezesem Trybunału Konstytucyjnego Mariusza Muszyńskiego, dziennikarz ujawnił jego miejsce zamieszkania, pisząc: „W miejscu, w którym ulica Sybiraków kończy się szutrem, przed obrośniętym domem parkuje terenowy samochód. Muszyńscy mieszkają w piętrowej willi z dwójką dzieci”.

Zawiadomienie o przestępstwie złożył sam Muszyński. Co w tym złego, że prokuratura się nim zajęła? W tym, że się zajęła – nic. Ale w tym, że wprowadza opinię publiczną w błąd – już tak. Po oświadczeniu Press Club Polska, w którym to stowarzyszenie uznało zachowanie prokuratury w sprawach TVN i „Newsweeka” za „brutalną i niedopuszczalną próbę zastraszenia, zapewne w celu wymuszenia zaniechania tego typu publikacji”, prokuratura wydała swoje oświadczenie. Twierdzi w nim, że dziennikarz ujawnił dane „wrażliwe”, co nie jest prawdą, bo adres zamieszkania taką informacją nie jest. Podobną sprawę o rzekome ujawnienie miejsca zamieszkania wytoczył POLITYCE poseł Arkadiusz Mularczyk. Sprawa toczy się już cztery lata w różnych instancjach.

Po drugie, prokuratura twierdzi, że była zmuszona wszcząć dochodzenie. Nieprawda. Obowiązkiem jest wszcząć postępowanie wyjaśniające, które może dopiero doprowadzić do śledztwa czy dochodzenia, jeśli popełnienie przestępstwa okaże się wystarczająco uprawdopodobnione.

Przestępstwo to czyn społecznie szkodliwy w stopniu większym niż znikomy. Czy podanie informacji o miejscu zamieszkania osoby publicznej, funkcjonariusza państwa, jest społecznie szkodliwe? Czy kontekst podania tej informacji stwarzał jakieś niebezpieczeństwo dla Muszyńskiego i jego rodziny? Czy np. tekst o nim był nienawistny, czy jedynie krytyczny? Wreszcie: rządząca partia wprowadziła przepisy nakazujące sędziom ujawnianie majątków w internecie, co jest niezwykle głęboką ingerencją w prywatność. Czy w takim kontekście ściganie za podanie nazwy ulicy, przy której mieszka sędzia, nie jest nadmiarowe? Szczególnie jeśli stało się to w ramach realizacji przez media ich kontrolnej roli? Nie przesądzamy, ale są to okoliczności, które prokuratura powinna była zbadać, zanim zdecydowała o wszczęciu dochodzenia.

Wreszcie last, but not least: prokuratura łamie prawo do obrony. Wezwała Wojciecha Cieślę „w charakterze świadka”, by zdecydować, czy ma zostać podejrzanym. Jak wiadomo, świadek ma obowiązek zeznawać, a podejrzany – ma prawo milczeć. Więc prokuratura chce wymusić na dziennikarzu samooskarżenie, co jest naruszeniem ustawowego i konstytucyjnego prawa do obrony.

Prokuratura gra nie fair. I tak się składa, że działa na niekorzyść mediów opozycyjnych, sama będąc ramieniem partii rządzącej.

Kolejny przykład: od 8 listopada toczy się sprawa z powództwa prokuratorów Anny Hopfer i Przemysława Hopfera przeciwko Grzegorzowi Rzeczkowskiemu o naruszenie dóbr osobistych w jego tekście „Zaskakujące kariery prokuratorów od taśm” (POLITYKA 43).

Kneblowanie przez zabezpieczenie

Wobec mediów uruchomiono też prawo cywilne: szef NBP żąda zakazu publikacji i wycofania siedmiu publikacji już istniejących. Zabezpieczenie powództwa przez zakaz publikacji do czasu rozpatrzenia sprawy o ochronę dóbr osobistych to od lat krytykowana praktyka polskich sądów. Mówi się nawet, że to cenzura surowsza niż ta uprawiana w PRL przez Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, bo tam była możliwość zaznaczenia w tekście faktu ingerencji cenzury. Do tego sądy szafują przepisem o zabezpieczeniu. A „aresztowanie” publikacji przedłuża się latami, tak jak proces. Słynny film o korporacji Amway był zaaresztowany przez 18 lat.

Ale przepis jest. Na czym więc polega nadużycie prawa przez szefa NBP Adama Glapińskiego? Po pierwsze na tym, że o zabezpieczenie wniósł jako NBP, a więc jako funkcjonariusz państwa tłumi krytykę pod swoim adresem, argumentując, że szkodzi instytucji.

Po drugie, ani sam Adam Glapiński, ani służby prasowe NBP nie odpowiedziały na żadne pytanie dziennikarzy przed publikacją tekstów, których usunięcia teraz żądają. A więc mieli okazję odnieść się do – ich zdaniem – nieprawdziwych treści, ale z tego zrezygnowali, wybierając żądanie cenzury prewencyjnej.

I tu dochodzimy do trzeciego i najważniejszego nadużycia, dotyczącego nie tylko Adama Glapińskiego, ale też partii PiS, spółek Skarbu Państwa czy wszelkich innych instytucji i organizacji władzy, które uruchamiają sądy i prokuraturę przeciw opozycyjnym mediom. Otóż władza publiczna i jej funkcjonariusze mają skuteczną broń przeciw niesłusznej krytyce i pomówieniom: możliwość publicznego zadania kłamu oszczercom. A obecna władza ma te możliwości znacznie szersze niż jakakolwiek dotąd. Ma bowiem dyspozycyjne media zwane publicznymi, z telewizją o największym zasięgu w Polsce. I sieć popierających ją mediów prywatnych – papierowych i elektronicznych. Ma wreszcie media społecznościowe, w których do kreowania swojej „narracji” zatrudnia m.in. armię trolli i boty.

Mimo tych wszystkich środków władza używa prawa i przejętych wcześniej instytucji państwa do uciszania krytyki. Przemoc w sztafażu prawa.

Polityka 50.2018 (3190) z dnia 11.12.2018; Polityka; s. 25
Oryginalny tytuł tekstu: "Paragrafy na artykuły"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną