Kraj

Nieudany początek sezonu. Platforma znów traci inicjatywę

Szef PO Borys Budka Szef PO Borys Budka Andrzej Hulimka / Forum
W oczekiwaniu na nowego szefa klubu KO opinia publiczna wstrzymała oddech... aby nie ziewnąć. Tymczasem polityka szybko wraca do schematów z poprzedniej kadencji, które gwarantowały PiS dominację.

Ekscytować się nie ma czym, bo funkcja jest przede wszystkim techniczna. Chodzi przecież o to, aby znaleźć człowieka, który możliwie sprawnie zorganizuje pracę sporego i zróżnicowanego wewnętrznie klubu. Skoordynuje, zdyscyplinuje i rozładuje napięcia. Kwestii wizerunkowych nie należy zapewne bagatelizować, choć przeceniać także nie warto. W przeszłości klubem Platformy najczęściej kierowali politycy pozbawieni przywódczych ambicji, za to lojalni wobec faktycznych decydentów, tacy jak Zbigniew Chlebowski, Tomasz Tomczykiewicz, Rafał Grupiński albo Sławomir Neumann.

Rafał Matyja: Wzór na skuteczną opozycję

Platforma lubi zajmować się sobą

Z tego powodu opinii publicznej nie powinno robić większej różnicy, kto tym razem stanie na czele największego opozycyjnego klubu. W podkręcaniu medialnego serialu, niekończących się anonimowych roztrząsaniach i donosach jest zatem coś nieprzyzwoitego. Choć to przecież nic nowego. Platforma – jak zresztą każda dojrzała organizacja z silnym rysem oligarchicznym – od niepamiętnych czasów uwielbia personalne roszady, tasowanie hierarchii, rachowanie interesów.

To się nigdy dobrze nie kończyło; przesadne skupienie na sobie przeważnie świadczy o bezradności w radzeniu sobie ze światem zewnętrznym. Jak również o minimalizmie liderów, którzy przede wszystkim chcą się jakoś ustawić, a dopiero w dalszej kolejności skutecznie powalczyć o władzę i wpływ. Dość przypomnieć Grzegorza Schetynę, który rok temu podporządkował logice partyjnych wyborów prezydencką kandydaturę, co skończyło się niezbyt udaną inwestycją w Małgorzatę Kidawę-Błońską.

Niewykluczone, że obecna wierchuszka w końcu się jednak opamiętała. We wtorek dała sygnał, że czas kończyć tę zabawę. Przymierzających się do startu kandydatów jest kilku, ale faworyt jeden – Cezary Tomczyk. Przede wszystkim chodzi o to, aby opuścić jałową ziemię i wreszcie zająć się poważną polityką.

Czytaj też: Męki opozycji

Jak to się posypało

Na co oczywiście nie jest za późno, choć sporą część politycznego kapitału zgromadzonego w kampanii Rafała Trzaskowskiego całkiem skutecznie udało się już Platformie roztrwonić. Paradoksalnie z powodu działań zarówno przedwczesnych, jak i spóźnionych. Dziś widać bowiem wyraźnie, że z ogłaszaniem „ruchu obywatelskiego” nie trzeba było aż tak się spieszyć. Podtrzymanie entuzjazmu z kampanijnych wieców było iluzją; realnie oceniając, u progu sezonu urlopowego nie dało się zapobiec demobilizacji wyborców.

Tymczasem efekt zaskoczenia dawno minął, Trzaskowski z kolei wpada w potężne tarapaty wizerunkowe i w obecnych okolicznościach już znacznie trudniej będzie mu organizować obiecany ruch. Zapewne nieprzypadkowo chłodzi teraz oczekiwania, z dużej obywatelskiej chmury zrobił się nieco rozbudowany think tank. Zarazem niedawny kandydat KO na prezydenta pozostaje zakładnikiem „Nowej Solidarności” i już nie bardzo może sobie pozwolić na porzucenie tej koncepcji. Choć w obecnych okolicznościach być może dałoby się wskazać sensowniejsze rozwiązania polityczne z jego udziałem.

A do tego problemy Trzaskowskiego promieniowały na cały obóz. Powołaniu ruchu obywatelskiego miała przecież towarzyszyć odnowa PO. Liderzy tej partii wiele latem mówili o pozytywnej synergii, wzmacnianiu się obydwu tych politycznych bytów, wymianie energetycznej. Sporo pewnie w tym było cynicznej kalkulacji, że „Nowa Solidarność” na tyle zaspokoi oczekiwania wyborców na gruntowny remont całego obozu, że samej partii wystarczy drobna kosmetyka. Kiedy więc start ruchu nagle został odroczony, to reformatorski zapał również opadł.

Inna sprawa, że raczej trudno otwierać odważne inicjatywy, kiedy brakuje silnego przywództwa. A z tym również zrobił się problem. Po wyborach prezydenckich w otoczeniu Borysa Budki słychać było chojrackie deklaracje, że teraz lider wyjdzie z cienia obojga prezydenckich kandydatów i wreszcie pokaże umiejętności. Po czym istotnie wyszedł, dając dowód niezdarności. Po awanturze o podwyżki poselskich uposażeń entuzjastów Budki znacząco więc ubyło.

Rozszczelniła się nawet osławiona grupa platformerskich 40-latków, która rok temu skrzyknęła się, aby Budką obalić Schetynę. Teraz narasta w tym gronie pokusa, aby się dystansować od lidera i stopniowo pozbawiać go realnego wpływu na partię. Wedle takiej właśnie logiki odbywają się obecne wybory w klubie. Faworyzowanego Tomczyka tak samo zresztą można uznać za bliskiego współpracownika Budki, jak jego potencjalnego rywala.

Czytaj też: Nauczka z błędów KOD

Bierność nie popłaca

Nowy cykl polityczny największa opozycyjna partia zaczęła więc najgorzej, jak się dało. Z niespełnionymi nadziejami na nowe otwarcie, kryzysem przywództwa oraz symptomami wewnętrznego konfliktu. Sondaże na razie tego nie odzwierciedlają (KO zajmuje stabilne drugie miejsce z poparciem 25–30 proc.), choć ich realna wartość diagnostyczna wcale nie jest jednoznaczna. Gorączka polityczna bowiem minęła, do kolejnych wyborów ponad trzy lata i przy obniżonym zaangażowaniu jakaś część wyborców zapewne deklaruje polityczne preferencje bardziej siłą nawyku niż żywej refleksji. Słupki mogą być zdradliwe.

Podobnych amortyzatorów Platforma ma zresztą więcej. W końcu obozem władzy dużo mocniej targają konflikty, Lewica i PSL ciągle nie podniosły się po wyborczym nokaucie, a Hołownię czeka cała kadencja na pozaparlamentarnym ugorze. W zasadzie każdy z graczy ma teraz jakiś problem, a różni się tylko stopień uwagi ze strony opinii publicznej.

Tyle że na dłuższą metę niewiele z tego wynika. Wbrew pozorom polityka wcale bowiem nie jest prostą grą o sumie zerowej. Ani meczem piłkarskim, gdzie każdą stratę da się odrobić. Codzienne zdarzenia układają się bowiem w schematy poznawcze, które zapadają na tyle głęboko w świadomość wyborców, aby trwale potem wpływać na ich percepcję. Przekleństwem całej opozycji, a Platformy w szczególności, od ponad pięciu już lat jest schemat PiS jako kreatora zdarzeń. W jego ramach rządzący mogą mieć rację bądź jej nie mieć, ale to oni za każdym razem określają, co takiego zostanie poddane ocenie opinii publicznej. Kreują tematy, podsuwają punkty odniesienia, w znacznej mierze kontrolują też język. Przeciwnik co najwyżej może się do tego odnieść. Co ustawia prawicę w roli bezdyskusyjnego hegemona.

Wybory prezydenckie były szansą na wyrwanie się z fatalnego schematu. Sukces Trzaskowskiego głównie wynikał właśnie z tego, że nie był reaktywny. Nie bronił demokracji przed PiS ani też nie licytował się z PiS na obietnice, tylko po prostu poszedł między ludzi i przedstawił własny pomysł na Polskę. I był w tym na tyle wiarygodny, aby zdobyć 10 mln głosów. Trzaskowski przekroczył krąg niemocy swojego obozu, dając podstawy pod zmianę długofalowego trendu. Zmiany instytucjonalne („Nowa Solidarność”, reforma PO) miały być jedynie atrakcyjną formą dla nowej polityki, a nie celem samym w sobie.

Tyle że późniejsze zdarzenia stopniowo już przywracały schemat wcześniejszy. Co łączy sprawę Margot, podwyżek dla posłów, awarię kolektora w Warszawie i dyskusję o zakazie hodowli zwierząt futerkowych? To, że toczyły się bądź toczą wedle scenariusza napisanego na Nowogrodzkiej. Czyli PiS jak zwykle rzuca piłkę, a reszta posłusznie aportuje. Nie wyłączając z tego grona Platformy, która potrzebę autonomii może sobie co najwyżej kompensować na poletku wewnętrznym. Co w perspektywie kadencji rokuje raczej kiepsko.

Tymczasem poważnych tąpnięć w najbliższym czasie z pewnością nie zabraknie, potencjalnych źródeł niestabilności obozu rządzącego jest wiele, podstawy aksjologiczne rządów PiS też zresztą znacznie się skurczyły. Projekt będzie coraz mniej odporny na kolejne kryzysy. Tyle że opozycji nie wystarczy czekać, aż teflon do końca się złuszczy. Powinna nauczyć się wreszcie przejmować inicjatywę, przestać być światłem odbitym, zaoferować alternatywę. Wcześniej warto jednak wygrzebać się ze swojej pieczary na światło dzienne.

Czytaj też: Od Wałęsy do Trzaskowskiego

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną