Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Kiedy nadciągnie 5. dywizja? W projekcie MON trudno znaleźć kluczowe odpowiedzi

Minister Mariusz Błaszczak utworzenie 1. dywizji piechoty Legionów, 9 stycznia 2023 r. Minister Mariusz Błaszczak utworzenie 1. dywizji piechoty Legionów, 9 stycznia 2023 r. Leszek Chemperek CO / Ministerstwo Obrony Narodowej
Kilkanaście kropek na mapie, kilka nazw sprzętu i dużo politycznych haseł musiało wystarczyć za koncepcję budowy kolejnej dywizji wojsk lądowych. Bez głębokiej wiary w realność niejawnych planów trudno było nabrać przekonania, że to poważny projekt.

„Pierwsza dywizja piechoty Legionów stała się faktem” – tak poważną deklarację złożył powołany we wrześniu na pełnomocnika MON ds. jej utworzenia (a więc jeszcze nie dowódca) gen. bryg. Norbert Iwanowski. Wystąpił w Białymstoku, pierwszy raz publicznie w tej randze, choć na dość typowej dla MON imprezie. Generał mówił oczywiście drugi, po wicepremierze i szefie MON Mariuszu Błaszczaku. Od którego w pochmurne popołudnie usłyszeliśmy o odbudowie siły i potęgi Wojska Polskiego, jego konsekwentnej rozbudowie od 2015 r., powrocie do zlikwidowanych przez obecną opozycję garnizonów i powstawaniu nowych, dzięki zwiększonemu finansowaniu i gigantycznym zakupom zbrojeniowym.

Konkretne plany na 5. dywizję były wyczekiwane od ponad pół roku, od czasu gdy w czerwcu szef resortu razem ze zwierzchnikiem sił zbrojnych zapowiadali rozbudowę potencjału wojsk lądowych do sześciu dywizji zamiast istniejących czterech (choć ta czwarta, 18. dywizja zmechanizowana, jest od ponad czterech lat w budowie). Wtedy konkretów też wiele nie było poza tym, że Błaszczak ma zapisać kolejny rekord: nikt w III RP nie powołał do życia dwóch dywizji. A on przecież jeszcze nie skończył.

Czytaj też: Poligon Ukraina. Wojna to niezrównany test dla broni

MON odbił od „linii Wisły”

A więc gdy w czerwcu wraz z Andrzejem Dudą ogłaszał zamiar stworzenia nowych dywizji wojsk lądowych, wspominał o linii Wisły i centralnej Polsce jako miejscu ich stałej dyslokacji. Stałe stacjonowanie może mieć wymiar symboliczny, organizacyjny i logistyczny, ale nie przesądza o użyciu dywizji jako związku taktycznego wojsk lądowych, a tym bardziej o jego bojowym dysponowaniu. Jednak regionalne umiejscowienie ma znaczenie, bo na wypadek kryzysu czy wojny gdzieś trzeba skoncentrować i skoszarować żołnierzy, skądś pobrać sprzęt z magazynów, gdzieś ćwiczyć itd. W porównaniu ze wstępnymi zapowiedziami widoczna jest ewolucja koncepcji MON. Już jesienią Błaszczak wskazał na dowództwo nowej dywizji Ciechanów na północnym Mazowszu, czyli odbił znacznie na wschód od Wisły. Ostatecznie zatwierdzona koncepcja bazowania obejmuje szeroki pas od Chełmna, położonego nad główną rzeką Polski, aż do Grajewa, Białegostoku i Siemiatycz na wschodzie. Zamiast raczej południkowej „linii Wisły” mamy więc głównie równoleżnikowy układ.

Plan jest taki, by nasycić jednostkami obszar praktycznie ich pozbawiony. Spośród 14 wskazanych przez MON lokalizacji tylko kilka gości dziś czynne formacje wojskowe. Większość to miejscowości, gdzie wojska nie ma od dawna, a w części go w ogóle nie było we współczesnej historii. Nowa dywizja ma być rozlokowana od wspomnianego Chełmna przez Brodnicę, Iławę, Targonie, Ciechanów, Ślubowo, Wielbark, Ostrołękę, Kolno, Łomżę, Grajewo, Siemiatycze, Białystok i Czerwony Bór pod Zambrowem, gdzie istnieje dawny poligon wojsk specjalnych, oddany częściowo w prywatne ręce jednej z firm ochroniarskich związanej z ludźmi PiS. Na tym obszarze nie stacjonują dziś żadne istotne jednostki wojskowe. Najważniejszy jest białostocki 18. pułk rozpoznawczy, gdzie Błaszczak ogłaszał zręby nowej dywizji.

Można zresztą powiedzieć, że był to dysonans w jego narracji o likwidowaniu jednostek przez PO i PSL, bo akurat pułk w Białymstoku został wtedy utworzony. Rozbudowa jednostek na ścianie wschodniej niewątpliwie przebiegała jednak zbyt wolno wobec rosnącego zagrożenia, związanego tak z agresywną polityką Rosji, jak i podporządkowaniem przez nią Białorusi. Od tzw. bramy brzeskiej do Warszawy jest 140 km, czyli dystans, jaki najbardziej wysunięte jednostki rosyjskie w ataku na Kijów pokonały w kilka dni – nie mówiąc o jednostkach aeromobilnych, które osiągnęły tę krytyczną rubież w kilka godzin, choć na szczęście zostały odparte.

Czytaj też: Na Bałtyku robi się bardzo groźnie. Czy Polska ma się czym bronić?

Skąd może nadejść zagrożenie

To właśnie dlatego została powołana 18. dywizja zmechanizowana, rozlokowana na wschód od Warszawy i sformowana ostatecznie jako najcięższa dywizja WP, wyposażona w najnowocześniejszy sprzęt. W czasie przejściowym oznacza to dla niej ciągłe oczekiwanie na nowe czołgi, bo np. leopardy skierowane na wschód w najnowszych wersjach zastąpić mają od tego roku używane abramsy, a potem te same amerykańskie maszyny nowej generacji. Niezależnie od wyposażenia ma to być najsilniejsza pancerna pięść wymierzona przeciwko potencjalnym agresorom z Białorusi i Rosji, zdolna w założeniu zatrzymać i odeprzeć atak nawet tak silny jak skierowany w lutym 2022 r. przeciw Kijowowi. Z tym że połączone zagrożenie rosyjsko-białoruskie wcale nie koncentruje się na jednym kierunku ze wschodu.

Od lat Polska i całe NATO żyją ze świadomością znacznego rosyjskiego potencjału ofensywnego w obwodzie kaliningradzkim, na północ od wschodniej części kraju. Poza brygadami rakiet stacjonuje tam korpus piechoty – osłabiony działaniami przeciw Ukrainie, ale teoretycznie groźny. Naprzeciw niego jest rozlokowana polska 16. pomorska dywizja zmechanizowana, która od wielu lat śledzi rosyjską aktywność. Co jednak ważne, ta dywizja ma bezpośrednio integrować sojuszniczy komponent chroniący kluczowe dla NATO przejście lądowe – tzw. korytarz suwalski, wiodący z Polski na Litwę, a z dwóch stron flankowany przez Rosję i Białoruś. Dlatego główne zadanie brygad 16. dywizji to marsz na wschód i północ w celu powstrzymania blokady państw bałtyckich. W sytuacji równoległego zagrożenia bardziej na południu ta dywizja miałaby problem.

Tymczasem kolejny byłby kierunek rosyjsko-białoruskiego natarcia z Grodzieńszczyzny na południowy zachód, na Białystok i dalej na Warszawę. To historycznie tradycyjna trasa podejścia wojsk rosyjskich. Chodzi o teren nieco bezpański – białostocki pułk rozpoznawczy nie jest, bo nie może być wystarczającą zaporą. Bataliony i brygady wojsk obrony terytorialnej, które w tym regionie powstały jako pierwsze, też nie są obroną wystarczająco silnie uzbrojoną i odpowiednio manewrową. Brama grodzieńska, położona między mokradłami Biebrzy a puszczą białowieską, powinna mieć swych obrońców i jej obronie będzie właśnie przeznaczona nowa, 5. dywizja wojsk lądowych.

Wedle konwencjonalnych reguł użycia sił dywizja jest w stanie obronić front o rozpiętości do 50 km, mniej więcej od prowadzącego do Grodna przejścia w Kuźnicy Białostockiej aż do drugiej kluczowej trasy prowadzącej do Białegostoku z białoruskiego Wołkowyska. Ale planistyczne normy mają się różnie do stosowania wojsk w praktyce, nie warto dzielić linii granicznej przez liczebność czy strukturę oddziałów. Warto zastanawiać się nad możliwością ich koncentracji w momencie zagrożenia, ich zdolnościami bojowymi i uzupełnieniami na wypadek pełnoskalowej wojny. I z tego punktu widzenia północno-wschodni pas Mazowsza i południowego Podlasia nie wyglądał dobrze.

Czytaj też: Czy przecenialiśmy armię Rosji? Mówi znany zachodni analityk

Mapka i trochę sprzętu

Po ogłoszeniu planów 5. dywizji nie wygląda to dużo lepiej. Bo nowy związek taktyczny to zaledwie projekt na początkowym etapie tworzenia. Poza mapką 14 lokalizacji i wspomnieniem kilku typów sprzętu, głównie z zakupów importowych z Korei Południowej i USA, nie pokazano wielu konkretów. Rzucone zostały hasła: że dywizja dysponować ma czołgami Abrams i K2, haubicami K9 i Krab. Że ma mieć w składzie brygadę czołgów i brygadę artylerii. Że jej struktura ma być czwórkowa, tj. cztery brygady manewrowe mają mieć po cztery bataliony. I że dzięki jej budowie wojsko powróci i odbuduje się tam, gdzie go dawno nie widziano. Pokazana mapa uwzględnia wiele miejsc, gdzie infrastruktury wojskowej nie ma i trzeba ją zbudować od podstaw. Konieczność inwestycji może spowolnić proces, np. przez procedurę pozyskania gruntów, choć sama budowa może być łatwiejsza i tańsza niż adaptacja budynków nieraz zabytkowych.

To samo dotyczy ludzi i sprzętu. Jakkolwiek MON upiera się, że lokalizacje jednostek wybrał po analizie bazy demograficznej, ekonomicznej i edukacyjnej regionu, wszystko sprawdzi się w praniu, czyli w naborze. Trzeba przyznać, że północne Mazowsze, południowe Podlasie i południowa część Warmii i Mazur nie są w czołówce wysokości zarobków, więc praca (służba) w wojsku może być atrakcyjna. Jednak „postawienie” dywizji wymaga ponad 15 tys. żołnierzy gotowych do służby przez 10–15 lat. Obecne przepisy wydłużają służbę zawodową do minimum 25 lat przed uzyskaniem uprawnień emerytalnych, wprowadzają też kilka dodatkowych benefitów po 15 i 25 latach, które mają zatrzymać żołnierzy na dłużej. Czy się sprawdzą, na razie nie wiadomo

Atrakcją może być nowy sprzęt. Szef MON wymienił koreańskie czołgi K2, ale i amerykańskie abramsy, a wcześniejszy komunikat mówił o haubicach K9 i Krab czy wyrzutniach rakiet Langusta. W sumie pakiet typowy dla jednostek na ścianie wschodniej, które mają dostawać najnowszy sprzęt (nawet HIMARS-y). „Żelaza” i pieniędzy ma nie zabraknąć, gorzej z kadrami. Na pokazanych przez MON slajdach nie było ani terminarza, ani tabeli kosztów, ani docelowego ukompletowania. Jeśli MON zostanie o to zapytany, zapewne mediom czy posłom odpowie, że to informacje niejawne. Biorąc jednak pod uwagę, że WOT skonsumował znaczny potencjał skłonnych do służby wojskowej kandydatów w regionie, można podejrzewać, że ukompletowanie 1. dywizji piechoty Legionów będzie się wiązać z osłabieniem ochotniczych brygad. Albo że MON liczy na kadrowy cud – tym razem nad Narwią.

Czytaj też: Błaszczak wydaje miliardy. Koreańska inwazja i szok w zbrojeniówce

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną