Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Co spadło pod Bydgoszczą? Jaki niezidentyfikowany obiekt wojskowy? Kilka teorii

Niezidentyfikowany obiekt wojskowy w okolicach Bydgoszczy, 27 kwietnia 2023 r. Niezidentyfikowany obiekt wojskowy w okolicach Bydgoszczy, 27 kwietnia 2023 r. Kacper Pempel / Forum
10 km od Bydgoszczy, koło wsi o mylącej nazwie Zamość, w lesie spadło coś, co oficjalnie określono jako „niezidentyfikowany obiekt wojskowy”. Sprawa budzi zrozumiałe zainteresowanie, a władze tradycyjnie informują o zdarzeniu skąpo, zostawiając szerokie pole do spekulacji.

Coś faktycznie spadło na południowy zachód od Bydgoszczy, istnieje więc przypuszczenie, że nastąpił niezamierzony lub samoczynny zrzut podwieszonego pod samolot uzbrojenia lub dodatkowego zbiornika paliwa. Pod wojskowe samoloty bojowe bardzo często podwiesza się takie dodatkowe zbiorniki, które w warunkach bojowych czasem się zrzuca (po zużyciu paliwa). Tak samolot uzyskuje większy zasięg.

Przypadkowy zrzut podwieszanych zbiorników dodatkowych zdarzał się w wojsku w przeszłości od czasu do czasu, najczęściej wskutek kombinacji błędnego ustawienia przełączników i przypadkowego naciśnięcia przycisku awaryjnego zrzutu. W naszym pułku jeden z pilotów w locie na poligon Pińsk na Białorusi (wówczas ZSRR) nie mógł zrzucić dwóch bomb na wyznaczone cele. Zacięły się i już. Przy kolejnej okazji chciał się ich pozbyć właśnie przyciskiem awaryjnego zrzutu podwieszeń. Zapomniał tylko, że ma podwieszone również dwa dodatkowe zbiorniki paliwa – i one też zeszły... A coś jednak kosztowały, więc dowódca go zrugał: skoro tak się zaparłeś na ten cel, to trzeba było skrzynkę pomidorów do kabiny wziąć, jakby ci bomby nie zeszły, tobyś go chociaż pomidorami obrzucił!

Tak się już w Polsce nie lata

Pod Bydgoszczą musi chodzić o coś więcej niż podwieszony zbiornik paliwa, skoro różne służby pod czujnym okiem Żandarmerii Wojskowej zabawiły się w archeologów i starannie przesiały całkiem sporo piachu w rejonie upadku „niezidentyfikowanego obiektu wojskowego”. Przypuszczalnie chodzi o uzbrojenie, a dokładnie pojedynczą jego sztukę. Tyle że dziś nie lata się z uzbrojeniem powietrze-ziemia. Zamiast bomb bojowych używa się wyłącznie lekkich małych bomb szkolnych z dymnym ładunkiem sygnalizującym miejsce upadku, by ocenić efekty bombardowania na poligonie. Resursy kierowanych rakiet do niszczenia obiektów naziemnych Ch-25MŁ i Ch-29Ł/T używane u nas na Su-22 dawno zostały wyczerpane, a rzeczone pociski wycofano.

Nie używa się też już ciężkich rakiet niekierowanych S-25 czy S-24. Na F-16 w ogóle jest ciekawie, bo do symulowania ataków na cele naziemne uzbrojeniem kierowanym służą specjalne zakresy pracy systemu uzbrojenia, a czasem też podwieszane rejestratory. Lata się na poligon, włącza się wszystko jak do odpalenia bojowego pocisku, ale nic się nie odpala, tylko wykonuje w pełni symulowany atak, którego dokładne parametry są rejestrowane, by po lądowaniu starannie przeanalizować błędy. Prawdziwy bojowy pocisk odpala się dokładnie w ten sam sposób, ale dopiero w realnej walce.

Można założyć, że nastąpił przypadkowy zrzut takiego podwieszanego rejestratora, ale to raczej mało prawdopodobne, bo zdarzyłoby się gdzieś w rejonie poligonu lotniczego – np. w okolicy Nadarzyc pod Wałczem. Kiedyś lotnictwo korzystało z poligonu Solec Kujawski po wschodniej stronie Bydgoszczy, ale jest już od dawna nieczynny. Z 30 lat, lekko licząc.

Ponieważ samoloty obecnie nie latają nad Polską z uzbrojeniem powietrze-ziemia innym niż małe bomby szkolne, to nie mogło spaść na ziemię coś, czego się w powietrze nie zabiera. Samoloty latają z bojowym uzbrojeniem powietrze-powietrze – rakietami kierowanymi do zwalczania wrogich samolotów. Najcięższą z nich jest R-27 podwieszana pod MiG-29, waży aż 250 kg. Po przekroczeniu dopuszczalnego przeciążenia manewrowania z tym pociskami może się faktycznie urwać z podwieszenia, u Rosjan to się zdarzało. U nas natomiast tych rakiet było mało i też już ich nie używamy. Najcięższą rakietą zabieraną przez MiG-29 jest R-73, waży 105 kg. Tyle że podwiesza się je symetrycznie, więc gdyby nastąpił niezamierzony zrzut w trybie awaryjnym, spadłyby co najmniej dwie, oczywiście nie wybuchając – ładunek bojowy odbezpiecza się po przeleceniu kilkuset metrów w normalnym trybie odpalenia. Na F-16 podwiesza się natomiast pociski kierowane AIM-120 AMRAAM ważące 150 kg. Nie słyszeliśmy o przypadku, by pocisk odpadł w wyniku ostrego manewrowania, a ponadto je także najczęściej (choć nie zawsze) podwiesza się parami, symetrycznie, więc gdyby ktoś zrzucił je przypadkiem w trybie awaryjnym, spadłyby dwie lub cztery.

Wszelkie środki pochodzenia zachodniego można przy tym całkowicie wykluczyć – o czym dalej.

Kongresmeni USA: Sprzedać Polsce abramsy, odstraszyć Rosję

Co wzbiło się w powietrze, musi spaść na ziemię

Tak czy owak, prawdopodobieństwo wywołania efektownego wybuchu, jaki niedawno zdarzył się Rosjanom w Biełgorodzie, było raczej niewielkie. Co innego w czasach słusznie minionych, kiedy wykonywano dużo lotów na poligon z ciężkim bojowym uzbrojeniem – przez drobne niesprawności kierowane rakiety powietrze-ziemia wymykały się spod kontroli i potrafiły polecieć daleko za poligon.

Pilski pułk rąbnął np. 16 potężnych bomb 500-kilogramowych w jeziorko na granicy poligonu Nadarzyce. Taka bomba wywalała odłamki na 2,5 km! Na szczęście z dna jeziora większość odłamków poleciała bardziej w górę razem z tonami mułu. Kobiety zbierające jagody niedaleko w lesie, wystraszone potwornym hukiem, nie mogły się nadziwić, jakim cudem ryby z nieba lecą do lasu! Nie skojarzyły widocznej chyba w Wałczu wysokiej fontanny wody i mułu ze spadającymi z nieba płociami i okoniami. Na szczęście z tej przyczyny, przynajmniej w latach 80. i 90., nikt na ziemi nie zginął ani nie został ranny.

Jak na złość dziś zdarzyło się też nieszczęsne zderzenie dwóch PZL-130TC Orlik z zespołu akrobacyjnego „Orliki” nad Radomiem – akurat trwały uroczystości otwarcia nowego lotniska komunikacyjnego. Przypuszczalnie pilot samolotu prowadzonego uderzył śmigłem w tylną dolną część kadłuba prowadzącego. O taki błąd wyjątkowo łatwo, bo to naprawdę ciasne ugrupowania, a kiedy maszynami szarpie turbulencja, to już są cyrkowe skoki na trapezie. Na szczęście nic się nikomu nie stało i oba samoloty szczęśliwie wylądowały. Tyle że fragment jednego z nich spadł na radomskich dalekich przedmieściach (nie czyniąc praktycznie szkód).

Najwyraźniej sprawdza się reguła, że co zostanie wyniesione do góry, musi spaść, choć nie zawsze tam, gdzie chcemy. Przypomina to nam pewnego kapitana samolotu pasażerskiego, który miał kłopoty techniczne i ogłosił pasażerom: drodzy państwo, właśnie odkryliśmy wyjątek od reguły, że co zostało uniesione, musi opaść – tym wyjątkiem jest nasze podwozie...

Błaszczak wydaje miliardy: koreańska inwazja i szok w zbrojeniówce

Znalezisko pod Bydgoszczą: teorie mniej prawdopodobne

Omówmy teraz teorie mniej prawdopodobne, ale nie wykluczone. Nie da się bowiem w pełni wykluczyć sytuacji, że był to obiekt niepochodzący od naszego czy nawet sojuszniczego lotnictwa, lecz coś, co przyleciało z zagranicy. Zwłaszcza że zdjęcia w sieci, a całkiem przypadkowo wiemy, że są prawdziwe, pokazują fragmenty szarej cylindrycznej konstrukcji z kawałkiem wiązki przewodów w charakterystycznej osłonie, którą Rosjanie nazywają chłapczato-bumażnaja, z numerem fabrycznym i literami zapisanymi cyrylicą. Gdyby to była rakieta R-73, byłaby biała, a nie szara. A cóż innego mogło tak wyglądać na Su-22 czy MiG-29? Odpowiedź jest dość łatwa: nic! Choć ów kabel wskazuje, że to technologia starszego typu.

Załóżmy, że ów obiekt wcale nie spadł z samolotu. Może to być jakiś pocisk wystrzelony np. przez okręty Floty Bałtyckiej, z obwodu kaliningradzkiego czy Białorusi, który wymknął się spod kontroli, ale nie zdetonował. Z Ukrainy raczej nie, bo jest stąd od ukraińskiej granicy ok. 500 km. Nawet rakieta przeciwlotnicza S-300 nie doleci tyle, najwyżej połowę tej drogi. Może to być też np. fragment niewielkiego aparatu bezpilotowego.

Nawet jeśli byłby to obiekt pochodzenia rosyjskiego, białoruskiego czy ukraińskiego, to byłby to incydent niezamierzony. Gdyby Rosja chciała w nas uderzyć, zdecydowałaby się na zmasowany atak rakietowy, więc to coś – jeśli pochodziło od nich – po prostu im uciekło. Niepokoiłoby coś całkiem innego: dlaczego nasza obrona powietrzna nic o tym nie wiedziała?

Czytaj też: Budżet 2023. Idziemy na rekord w NATO. Z głową?

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną