Misja polskiego astronauty Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego w kosmosie się skończyła, za to na Ziemi zaczęła się misja polskiego prezydenta Karola Nawrockiego. Czy okaże się większym sukcesem niż misja pana Sławosza? Niektórzy uważają, że już się okazała, bo Nawrocki to obecnie pierwszy Polak w Polsce, podczas gdy Uznański-Wiśniewski był zaledwie drugim Polakiem w kosmosie, w którym przebywał niecałe trzy tygodnie, zresztą nie wiadomo, czy na pewno. W internecie czytam, że niewykluczone, że nigdzie nie poleciał, tylko cały czas sprytnie udawał, że leci.
Panuje opinia, że nawet jeśli Uznański-Wiśniewski faktycznie dokądś poleciał, to jego wyczyn i tak nie został medialnie wykorzystany. Być może dlatego, że w jego sztabie – w przeciwieństwie do sztabu Nawrockiego – zabrakło kompetentnych ludzi PiS, którzy poradziliby mu, co ma przed kamerami mówić i jakie wartości sobą reprezentować. Uważam, że jego misja z miejsca nabrałaby rozpędu i propolskiego kierunku. Wprawdzie pan Sławosz podkreślał na orbicie swoją polskość, ale moim zdaniem był za mało krytyczny wobec Niemiec. Zabrakło np. ostrego potępienia z orbity Niemców za to, co przez dwa tysiące lat robili Polakom.
Szkoda, że szansę na osłabienie pozycji Niemiec w kosmosie zmarnowano. Z kolei sprawa polska została zaakcentowana jedynie przez pierogi wysłane w ramach eksperymentu, które zresztą pan Sławosz natychmiast zjadł, co jest trochę nie w porządku, bo chyba nie o to w tym eksperymencie chodziło. Poziom jego misji obniża dodatkowo fakt, że po powrocie na Ziemię spotkał się z premierem Tuskiem, co niestety podważa jego zapewnienia o byciu Polakiem. W przeciwieństwie do niego Nawrocki od początku utrzymuje bardzo wysoki poziom, stanowczo odrzucając możliwość spotkania się z Tuskiem.
Zgadzam się, że dla Polski byłoby lepiej, gdyby w kosmos wystrzelono kogoś takiego jak Robert Bąkiewicz, kto jako idealista, patriota i żarliwy katolik nie połakomiłby się na pierogi.