Drugi dzień kryzysu. Drony miały dzielić, a łączą. Zobaczymy, na ile starczy tego „języka miłości”
Zakończyło się posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, zwołane w związku z niedawnym nalotem rosyjskich dronów na terytorium Polski. Podsumowując spotkanie, szef BBN Sławomir Cenckiewicz, znany z zajadłości wróg obozu rządzącego, powiedział: „Federacja Rosyjska jest największym wrogiem Polski. Ta antypolska akcja, której dopuściła się Rosja, w jakiś sposób zintegrowała polską scenę polityczną. Różnego typu spory, często bardzo agresywne, w zasadzie ustały. Główne ośrodki władzy w jeszcze lepszej atmosferze ze sobą rozmawiają”. Cud nad Wisłą, chciałoby się rzec.
Polska już od dwóch dni jest tematem doniesień prasowych i wywiadów z ekspertami w mediach w całym zachodnim świecie. Rosyjska prowokacja, polegająca na skierowaniu na terytorium naszego kraju 19 nieuzbrojonych dronów, zrobiła wrażenie na wszystkich. Komentarze są zgodne i nikt nie próbuje problemu bagatelizować. Konfrontacja Rosji z Zachodem weszła w nową fazę.
Tryb „wzorowy funkcjonariusz”
Świat okazuje pełną solidarność z Polską i jest to naprawdę budujące. Ma to również wymiar militarny – Niemcy zapowiedziały zwiększenie swojego zaangażowania w obronę polskiej przestrzeni powietrznej; podobnie postąpiła Francja. Co więcej, Polsce udało się przekonać Koreańczyków, przewodzących obecnie Radzie Bezpieczeństwa ONZ, do zorganizowania specjalnego briefingu w sprawie dronowego nalotu. Posiedzenie odbędzie się w piątek wieczorem polskiego czasu.
To dobry znak, bo reakcja Donalda Trumpa na wydarzenia w Polsce była nieco dwuznaczna. Napisał na swoim ulubionym portalu Truth Social: „O co chodzi z Rosją, która narusza polską przestrzeń powietrzną dronami? Zaczyna się!”. Co się zaczyna (here we go!)? Zobaczymy. Tak czy inaczej – Polska i NATO nie dały się w sprawie rosyjskiej prowokacji ani zastraszyć, ani podzielić. Jeśli Putin chciał się przekonać, czy zadziałają natowskie procedury reagowania, to przekonał się, że jak najbardziej. Może też być pewien, że w krótkim czasie Polska zwiększy swoją odporność na ataki dronów.
Wciąż nie wiemy, w co gra Putin i z kim. Może z Trumpem? A może chodziło jedynie o zniechęcenie Polski i Polaków do wspierania Ukrainy? Jeśli tak, to Putin bardzo się przeliczył. Polscy politycy i urzędnicy natychmiast włączyli tryb „wzorowy funkcjonariusz”. I dotyczy to również premiera i prezydenta. Wszystkim zależało i zależy na tym, aby w ostrej fazie kryzysu nie rozgrywać sprawy politycznie, a za to wykazać się odpowiedzialnością i profesjonalizmem. Specjaliści doszukują się niedoróbek w komunikacji i koordynacji, lecz generalna ocena działania instytucji jest dobra. Jak brzmi ulubione (zaraz po „zimie, która zaskoczyła drogowców”) powiedzenie naszych dziennikarzy, „państwo zdało egzamin”.
Karol Nawrocki rozmawiał w środę wieczorem przez telefon z Donaldem Trumpem, który to wspomniał o wzmocnieniu wschodniej flanki NATO, a Donald Tusk miał tego dnia przed południem znakomite i wyjątkowo informatywne przemówienie w Sejmie, lecz najprawdopodobniej głównym bohaterem i rozgrywającym, gdy chodzi o międzynarodowy wymiar kryzysu, jest szef MSZ Radosław Sikorski. To jemu (w tandemie z premierem) zawdzięczamy uruchomienie konsultacji w ramach art. 4 traktatu NATO, a także zapowiadane posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ.
To Sikorski będzie przemawiał w piątek na forum Rady Bezpieczeństwa w Nowym Jorku i jest możliwe, że przekona Amerykanów i pozostałych członków Rady do zaostrzenia sankcji gospodarczych wymierzonych w Rosję. Byłby to wielki sukces i pierwszy od dawna przypadek, gdy głos Polski zaważy na sprawie o randze globalnej.
To na pewno zdenerwuje prezesa
Bardzo pomocne jest, jak dotąd, zachowanie prezydenta Nawrockiego. W czwartek rano udał się do Poznania, aby podziękować pilotom biorącym udział w akcji zestrzeliwania dronów. Jak powiedział, „wszystkie testy zdaliśmy: i test polityczny, i test partnerski w ramach NATO, a przede wszystkim test wojskowy, żeby na prowokację zareagować”. Po południu odbyło się z kolei posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, które Nawrocki zainaugurował dobrym przemówieniem.
Jak powiedział, „atak rosyjskich dronów był (...) testem, który zafundowała nam Federacja Rosyjska. Miał on dotyczyć z jednej strony odporności polskiego społeczeństwa, a z drugiej pewnej stabilności urzędów politycznych w państwie, ale też był testem naszych zdolności sojuszniczych”.
Na tym jednak nie koniec pożytecznych i nawet zaskakujących słów Nawrockiego. Powiedział również: „Procedury zadziałały i było to możliwe m.in. dzięki naszej kadrze dowódczej, dzięki naszym oficerom (…) dzięki jedności klasy politycznej, prezydenta i rządu”. Następnie pochwalił opozycję, mówiąc o „rozwadze i propaństwowej postawie opozycji w parlamencie i gotowości do konstruktywnej krytyki, a nie zachowań atakujących”.
Jak gdyby tego było jeszcze mało, aby zdenerwować Jarosława Kaczyńskiego, dodał: „Kłaniam się wszystkim, którzy w sytuacji zagrożenia Polski podeszli, bez znanej niestety z przeszłości, dramy politycznej, której powinniśmy unikać też w przyszłości”.
Zobaczymy, na ile starczy tego „języka miłości”, lecz nawet jeśli za kilka dni wszystko w polskiej polityce wróci do normy, to zarówno Rosja, jak i Zachód przekonają się, że Polska jest silnym państwem, które zdolne jest zewrzeć szeregi w obliczu zagrożenia. Powody do zadowolenia mamy też my, czyli polskie społeczeństwo, bo takiej pewności, że podziały polityczne będą w sytuacjach nadzwyczajnych odsuwane na daleki plan, wcale dotąd nie mieliśmy. Przecież w przypadku katastrof naturalnych, na czele z pandemią covid, wcale tak nie było.
A swoją drogą, ciekawe, czy Kreml brał pod uwagę „efekt flagi”, czyli skupianie się społeczeństwa wokół rządu w obliczu zagrożenia. Czy Putin naprawdę chciał zrobić przysługę Tuskowi, czy może nie zastanowił się dwa razy, zanim wydał zgodę na tę akcję? Możliwe, że plan ataku powstał na dość niskim szczeblu i pomyślano go jako zwykłą zaczepkę, taką z gatunku „coś wleciało i znikło”, jak to już bywało w przeszłości. A tu nagle taka afera! Ta ewentualność nie jest może najbardziej prawdopodobna, lecz przemawia za nią reakcja Aleksandra Łukaszenki, który wypowiada się właśnie w takim duchu, tzn. tak, jak gdyby to było coś najnormalniejszego pod słońcem, że sobie latają nad nami jakieś rosyjskie drony.
Łukaszenka powiedział nawet, że część z tego lecącego na zachód roju dronów zestrzelili Białorusini, a skądinąd prawdą jest, że władze białoruskie ostrzegały w nocy Polskę, że lecą ku nam drony. Wszystko to jest raczej wyreżyserowaną intrygą, lecz pewności nie ma. Zapewne długo jeszcze będziemy czekać na poznanie całej prawdy o nocnych wydarzeniach 10 września.