Nikt mi nie wmówi, że Polacy nie są gościnni. Przecież akceptujemy naszych gości bez względu na wszystko. Mogą łazić w ubłoconych butach po dywanie, głośno bekać przy kolacji czy (a niech tam!) faszyzować do woli. Zastanawiam się, kiedy na dobre dotknęła nas klątwa „pluralizmu” i ogólnomedialnego przekonania, że każdego należy przyjąć pod skrzydła, ugościć, wysłuchać, bez względu na konsekwencje i bezpieczeństwo publiczne. Wszak każdy człowiek jest cudem, każdy jest fascynujący, a zamykanie się na cudzy punkt widzenia sprawia, że ani się obejrzymy, a już paradujemy w mundurze orwellowskiego policjanta myśli.
Być może pionierstwo należy przyznać Kubie Wojewódzkiemu, który w swoim programie niestrudzenie ocieplał wizerunek Janusza Korwin-Mikkego czy (w tym przypadku poprzez zwykły bullying uprawiany wespół z Januszem Panasewiczem) Krzysztofa Bosaka? A może winę ponoszą tu publicystyczne mody z lat zerowych, w których na potęgę zaczęto organizować debaty pt. „Wystawmy naprzeciwko siebie skrajnie katolickiego działacza i walczącą feministkę, a potem patrzmy, jak urywają sobie głowy”?
Niezależnie od tego, kto dał pierwszy sygnał, klątwa opacznie rozumianego pluralizmu zatacza coraz szersze kręgi. Bogdan Rymanowski co rusz okazuje zwykłą ludzką gościnność postaciom podejrzewanym o szerzenie antynaukowych treści, takim jak prof. Grażyna Cichosz czy dr Piotr Witczak. Monika Jaruzelska regularnie gości na swoim kanale youtube’owym śmietanę (bo przecież nie „śmietankę”) polskiej prawicy, z Grzegorzem Braunem na czele.
O ile jednak w powyższych przypadkach lista gości może wynikać z ideologicznych peregrynacji prowadzących, otwartość może mieć też wymiar biznesowy. Tak jak podczas internetowych gal sztuk walki, masowo zaludnianych przez byłych (i obecnych) kryminalistów czy patostreamerów, którzy po prostu „się klikają”.