Karol Nawrocki jest doktorem nauk historycznych i byłym dyrektorem ważnego historycznego muzeum. A przecież ani myśli udawać, że posiada najważniejsze cnoty historyka, takie jak krytycyzm, wnikliwość, zdolność uwzględniania różnych doświadczeń, racji i punktów widzenia, a szczególnie umiejętność powstrzymywania się od jednostronności dyktowanej względami patriotycznymi bądź ideologicznymi, a więc pokus pomijania niewygodnych zdarzeń i okoliczności, umniejszania win, wybielania winowajców, nie mówiąc już o manipulacjach i fałszerstwach. Nawrocki bodaj niewiele wie o tych elementarnych wartościach, za to nie widzi niczego zdrożnego w tendencyjnym mówieniu o przeszłości pod dyktando „miłości ojczyzny” oraz „interesu narodowego”. Wielokrotnie dawał dowody takiej postawy, z którą najwyraźniej czuje się znakomicie.
Czyja to wina? I jak to w ogóle jest możliwe, że można skończyć szkołę, studia z zakresu historii, zrobić z tej dziedziny doktorat i nie tylko nie posiadać nawet zalążków „cnót historycznych”, lecz w dodatku albo wcale o nich nie wiedzieć, albo po prostu sobie z nich kpić? Co się dzieje w tych uniwersyteckich instytutach historii? Jak mogło dojść do tego, że profesorowie nauk historycznych z przekonaniem i zaangażowaniem wytwarzają dyskursy tzw. polityki historycznej na użytek władzy? Przecież chodzi w niej o zakłamywanie prawdy oraz o wszelkie inne manipulacje służące tworzeniu wizerunku narodu bez winy, a za to prześladowanego i heroicznego.
Walka o bezstronność i uczciwość intelektualną w uprawianiu historii, zwłaszcza politycznej, to istna wojna pozycyjna. Trwa już sto lat, a końca nie widać. Na drodze moralno-intelektualnego postępu stoją wielkie głazy z metodologicznymi półmądrościami, jako to: nie ma faktów, lecz wyłącznie interpretacje; subiektywizm jest nieunikniony i naturalny; nie można oceniać wydarzeń historycznych z punktu widzenia współczesnych norm i wartości.