Notatnik polityczny. Po śmierci Polski 2050 wyrazy współczucia dla bliskich. Hołownia poprowadzi kondukt?
W poniedziałkowy poranek Szymon Hołownia ogłosił, że jeśli partia jego imienia decyzją Rady Krajowej nie dokona restartu i nie powtórzy wyborów na przewodniczącego, były marszałek Sejmu zabierze ze sobą kilkunastu posłów i zostawi Polskę 2050 Szymona Hołowni bez Szymona Hołowni. Głównym powodem ma być konflikt wewnętrzny między stronnikami Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz i Pauliny Hennig-Kloski, który rozrywa partię w wojnie domowej. „Widzę, jakie instynkty wychodzą z naszych działaczy, ze szlachetnych ludzi, którzy byli harcerzami, księgowymi, byli ludźmi, którzy zmieniali swój świat” – tak w telewizji Polsat News Hołownia uzasadniał swoje ultimatum wobec koleżanek i kolegów.
Zatrzymajmy się na chwilę nad tą wypowiedzią.
Gdy krawiec domy buduje
To byłoby absurdalne podejście w każdej innej dziedzinie życia. Wyobraźmy sobie weterynarza, który nienawidzi zwierząt, pilota samolotu uważającego wznoszenie się nad ziemią za stan sprzeczny z naturą albo chemika twierdzącego, że tablica Mendelejewa to dzieło szatana. Szybko poradzilibyśmy takim delikwentom, żeby zmienili zawód i zajęli się czymś innym. Ale nie w polityce, o nie. Tutaj jeśli pojawia się ktoś, kto odpowiednio ładnie opowiada, że układami politycznymi się brzydzi, że nie interesuje go władza, nie ma zupełnie żadnych osobistych ambicji, gardzi konfliktami, a zamiast podejmować decyzje, chce je uzgadniać ad mortem defecatam w dogłębnej dyskusji wszystkich ze wszystkimi, to wtedy mówimy: bracie kochany, masz nasz głos, właśnie tego potrzebujemy, mniej polityki w polityce!
Takie pospolite ruszenie kończy się od lat powtarzalnym schematem – albo wybieramy cynicznego kłamcę, który nie wierzy w to, co mówi, albo nieudacznika, który co prawda jest szczery i efektownie gada, ale niczego nie potrafi w polityce załatwić ani niczego trwałego zbudować.