Jako nauczyciel chemii przeżywam ostatnio katusze, słysząc co chwila o „metalach ziem rzadkich”. Donald Trump, który ewidentnie ma o nich dość blade pojęcie, mówi nawet o „ziemiach surowych” (raw earth zamiast rare earth). Co chwila więc słyszymy, że do tych ziem należą np. lit albo zgoła grafit oraz że jakiś kraj ma ich unikalne zasoby. Samozwańczy specjaliści „znający się na geopolityce” (czyli tak naprawdę na niczym) wrzucają o nich jeden za drugim filmiki na YouTube. A mi się od tego wszystkiego Librus otwiera w kieszeni. Trudno, napiszę więc felieton o chemii. A więc przede wszystkim proszę państwa o unikanie tego mylącego pojęcia. Mówmy raczej o „surowcach krytycznych”, bo rzeczywiście niektóre zasoby, zazwyczaj pierwiastki albo formy występowania pierwiastków, mają dziś kluczowe znaczenie dla gospodarki.
Sami się w to wpędziliśmy, bo dziś chcemy, żeby wszystko było po pierwsze elektroniczne, a po drugie przenośne. Kiedyś, kiedy słuchaliśmy muzyki w salonie z zestawu hi-fi, mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby obudowa sprzętu była wykonana z eleganckiego drewna, a magnesy na głośnikach mogły być żelazne, bo nie miało to dla nas aż tak dużego znaczenia, że wszystko jest przez to cięższe o parędziesiąt deko. Przy przeprowadzce i tak najwięcej ważyły płyty (nie mówiąc już o papierowych książkach). Teraz chcemy muzyki słuchać z czegoś, co nie obciąży nam zanadto kieszeni. I to takiej od letniej koszulki. Co za tym idzie, chcemy, żeby głośniki w słuchawkach miały jak najlżejsze magnesy, obudowa była z najlżejszego materiału, a bateria miała najlepszą gęstość grawimetryczną (przechowywała jak najwięcej prądu w przeliczeniu na wagę).
W praktyce oznacza to, że jesteśmy skazani na używanie najlepszego pierwiastka we wszechświecie.