Telefony wiedzą lepiej, co chcemy napisać. Kiedy Grażyna zakończyła esemesa do Sylwii radosnym „pif-paf!”, korekta tekstu posłała zamiast tego: „PIT pat”. Przypomnienie o podatkach i konsekwencjach niewypełnienia formularza na czas zmieniło nastrój na minorowy. Rozmach funkcji autokorekty może wywołać nie tylko poważny kryzys towarzyski czy rodzinny, ale też zaważyć na karierze. Niejeden się przejechał, wysyłając do szefa „rozwiązanie najseksowniejsze”, gdy chodziło o „najsensowniejsze”. Bycie „debilem” zamiast „debiutantem” wcale tego nie tłumaczy. Klasykiem jest już wysłanie wiadomości: „Łaski mi nie robisz” pozbawionej kreseczki w pierwszej literze.
Funkcję podpowiedzi można w telefonie wyłączyć, ale się z tym wstrzymujemy. Czymże byłby język bez brawury? Inna sprawa, że proceder poprawiania staje się w pewnym momencie opresyjny. Pomaganie wbrew woli nie tylko źle wpływa na samoocenę, ale i odnawia szkolną traumę („Nie mówi się robiom, tylko robią!”). Pozbawia możliwości nazywania świata tak, jak chcemy, co pachnie zamachem na wolność wypowiedzi.
Rynek idzie ręka w rękę z gigantami technologii. Próba kupna kalendarza na 2026 r. w brukselskich papiernikach była szukaniem igły w stogu siana. Na wieść, że nie chodzi o taki na ścianę, z obrazkiem, tylko o ten do odręcznych zapisków, sprzedawcy wybałuszali oczy. Wiało ejdżyzmem („Teraz wszyscy zapisują w telefonach”) i wtórnym analfabetyzmem („To ktoś jeszcze pisze? Przecież są głosówki”).
Odchodzi świat dotyku i zapachu, zastępuje go chłód gładkiego ekranu. Pod koniec stycznia obchodziliśmy Dzień Pisania Ręcznego, warto więc przypomnieć zalety tej archaicznej czynności. Wbrew pozorom odręczne notowanie to nie tylko sentymentalny relikt szkolnych zeszytów, ale i jedna z najprostszych form higieny psychicznej.