Popkultura kocha Jane Austen. Może dlatego, że kultura masowa musi być bezpieczna, mieszczańska, rodzinna. A mimo rozmaitych perypetii u Austen wszystko zawsze kończy się dobrze, dobranym małżeństwem. To przepis na każdą komedię romantyczną. Fantazja jest ta sama – i konserwatywna. Popkultura ma za to problem z „Wichrowymi Wzgórzami” Emily Brontë. Od pierwszego wydania w 1847 r. aż po film z Margot Robbie i Jacobem Elordim w 2026 r. książka ta sprawia kłopot wszystkim recenzentom i interpretatorom. Dlaczego ta książka jest tak poruszająca?
Są teorie marksistowskie: Heathcliff mści się na swoich ciemiężycielach jako klasa pracująca, której uniemożliwiany jest społeczny awans. Są teorie socjologiczne: to opowieść o rodzącej się klasie średniej, o nowoczesnym człowieku demokracji, który nie jest skazany na swój los – i o lęku przed tym. Jest i taka teoria, że autorka wymyśliła Heathcliffa zauroczona Byronem i jego wizją męskości, że to książka romantyczna, ale nie w popularnym znaczeniu tego słowa, tylko odnosząca się do wrażliwości tej epoki.
Według influencerek z TikToka jest to książka o tym, że kobiety zawsze zakochują się w bad boyu, choć wiedzą, że lepiej byłoby zostać z miłym, poukładanym chłopcem z dobrego domu, jak Linton. Psychoanalitycy stwierdzą, że to książka o międzypokoleniowej traumie przemocy i opuszczenia oraz o konsekwencjach PTSD. Literaturoznawcy powiedzą, że to książka gotycka, gdzie zanikają granice między życiem a śmiercią, rozumem a szaleństwem, gdzie mroczny jest zarówno krajobraz, jak i dusze.
To moja ukochana książka. Także dlatego, że żadna z tych teorii nie wyczerpuje mnogości interpretacji. Najbardziej samotnicza z sióstr pisarek, uwielbiająca włóczenie się po wrzosowiskach, dotyka tu sedna natury człowieka.