Nawet nie potrafią się rozpaść
Nawet nie potrafią się rozpaść. Polska 2050 brnie w personalne zapasy
Polityczny teatr absurdu o lekkim zabarwieniu humorystycznym pod nazwą Polska 2050 serwuje publiczności kolejne spektakle w takim tempie, że trudno połapać się w zawiłościach fabularnych kolejnych intryg. Po zakończeniu sagi z wyborami na szefową partii rozpoczęła się kolejna, tym razem pod kryptonimem „Rozłam”. Spróbujmy mimo wszystko zrekonstruować obecny stan rzeczy.
Jak wiemy, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wygrała ostatecznie bój o przewodniczenie Polsce 2050, zdobywając tym samym zasoby potrzebne przy negocjowaniu list wyborczych w wyborach parlamentarnych: władzę nad szyldem oraz partyjnymi pieniędzmi. Pełczyńska, która sama nie jest posłanką, nie ma jednak kontroli nad klubem parlamentarnym, gdzie większość stanowią jej przeciwnicy. Szefem klubu jest jej stronnik Paweł Śliz, który już dawno zostałby odwołany, gdyby nie proceduralne sztuczki. Jedną z nich jest przyjęta w weekend przez Radę Krajową minimalną większością „uchwała pokojowa” (sic!), która mrozi wszelkie zmiany personalne do 21 marca, kiedy zaplanowany jest zjazd krajowy partii. To wywołało wściekłość partyjnej opozycji, a w mediach posypały się deklaracje o końcu „Polski 2050, jaką znaliśmy”, wypowiadane m.in. przez Paulinę Hennig-Kloskę czy Aleksandrę Leo.
Rozłam jest więc faktem, choć na razie (stan na 16 lutego) formalnie z partii odeszła tylko posłanka Żaneta Cwalina-Śliwowska. Główne pytanie dotyczy tego, czy Pełczyńskiej-Nałęcz uda się utrzymać przy sobie dostateczną liczbę posłów, by zachować klub parlamentarny. Dziś reprezentacja sejmowa Polski 2050 liczy 31 posłów i posłanek, w związku z tym buntowników nie mogłoby być więcej niż 16. Jeśli Pełczyńska straci klub, gwałtownie skurczy się jej pozycja w rządzie i już ostatecznie będzie mogła zapomnieć o stanowisku wicepremierki.