Bomba domowej roboty
W pogoni za bombą atomową. Czy Polska może ją mieć, czy to ma w ogóle jakiś sens?
Prezydent Karol Nawrocki wyprowadził iście atomowy cios. W Polsacie w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim zadeklarował, że jest za pozyskaniem przez Polskę zdolności nuklearnych. Pytanie padło w kontekście europejskich debat o wspólnym nuklearnym odstraszaniu. Nawrocki stwierdził, że powinno być ono drogą do osobnego „polskiego potencjału”, ale z poszanowaniem regulacji międzynarodowych. Skontrowany, czy Amerykanie na to pozwolą, prezydent odparł, że nie wie, ale realia kraju frontowego temu sprzyjają.
Polska deklaracja „za bombą”, padająca z najwyższego szczebla, poniosła się w świat. Zaowocowała nagłówkami w Bloombergu, Politico i wielu innych mediach. W komentarzach można było dostrzec echa europejskich obaw o wiarygodność USA, ale też nauczkę Ukrainy, która broń jądrową w 1994 r. zamieniła na zachodnie gwarancje bezpieczeństwa, warte mniej niż zadrukowany nimi papier.
W zasięgu ręki
Nawrocki nie był pierwszy. Kilka razy kwestię nuklearną poruszał za swojej prezydentury Andrzej Duda. Ostatni raz w marcu 2025 r., gdy powtórzył apel do Amerykanów i NATO o rozmieszczenie na polskim terytorium broni odstraszania w ramach nuclear sharing, czyli mechanizmu udostępniania taktycznej broni jądrowej tym państwom Sojuszu, które jej nie posiadają. Kilka dni wcześniej w Sejmie o polskiej ścieżce nuklearnej – mniej jasno – mówił też premier Donald Tusk. Kilka razy w ostatniej dekadzie zdarzało się poruszać nuklearne tematy prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu. I to nawet w kontekście Europy jako potęgi atomowej. Pierwszy był jednak wiceminister obrony Tomasz Szatkowski, który w 2015 r. – również w Polsacie – wspomniał, jakoby trwały rozmowy na temat umieszczenia amerykańskich bomb jądrowych w Polsce.