Zebranie wspólnoty jest – zatrzymała mnie sąsiadka przed tablicą ogłoszeń. – Będzie pan?
– W przyszłym tygodniu mam urlop – odpowiedziałem. Nie było to dla niej wystarczające wytłumaczenie, więc dodałem: – Chyba nic ważnego, tylko przyjęcie sprawozdania.
– Dla pana pewnie nie. Ale sąsiad z parteru nie da rady ze swoją emeryturą płacić zaliczek remontowych, zwłaszcza po ostatnim rozliczeniu wody i ogrzewania.
– Chętnie pomogę, tylko nie wiem, co mogę zrobić. Swoją drogą, nie znałem pani od tej społecznie zaangażowanej strony. Wydawało mi się, że ludzie w swojej masie raczej panią denerwują.
– Bo tak jest. Mam silne postanowienie, że kiedy na świecie wszyscy będą już zdrowi i bezpieczni, zajmę się wyłącznie sobą – zakpiła bez uśmiechu. – Następnym razem niech pan przyjdzie na zebranie – dodała łagodnie.
Skończyłem oglądać „Ołowiane dzieci” do łez wzruszony i wzruszeniem swoim zdziwiony, gdyż pierwsze dwa odcinki powodowały we mnie głównie irytację. Denerwowałem się na hutę jak z „Harry’ego Pottera”; na Joannę Kulig w sandałkach na obcasie grzęznącą w miałkim gruncie robotniczego osiedla; na łopatologicznie pchaną widzowi przed oczy trującą sadzę, której oczywiście nie widzi ciemny śląski lud. I nagle gdzieś w połowie serialu irytacja mi przeszła, a jej miejsce zajęło zachwycone zadziwienie.
Bo to nie jest opowieść o epidemii ołowicy rozpoznanej przez prof. Bożenę Hager-Małecką na podstawie badań, które pediatra Jolanta Wadowska-Król przeprowadziła na prawie 5 tys. dzieci z Szopienic, podejrzewając zatrucie metalami ciężkimi. To jest film o tym, że prawda może wyzwolić ludzi z nieszczęścia spowodowanego przez kłamstwo, niewiedzę, ignorancję.