Tydzień temu media były pełne tekstów o czwartej rocznicy pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Mam nadzieję, że wybaczą mi państwo powrót do tego tematu. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że od czterech lat uważam, że ważniejszego nie ma. Wiem, że gazety nie mogą się w kółko zajmować tym samym, bo czytelnicy odczuwają przesyt, ale naprawdę uważam, że nasze wszystkie inne rozterki są i tak zależne od tego, jak i kiedy skończy się ta wojna. Wliczam w to nawet najbardziej przyziemne problemy: „czy mi się uda spłacić ten kredyt”, „czy uda mi się znaleźć lepszą pracę”, a nawet „czy dożyję tej wizyty u kardiologa umówionej na rok 2028”.
Wciąż myślę, że jesteśmy teraz jak nasi przodkowie z pierwszych miesięcy 1939 r. kładący sobie kafelki w mieszkaniu na nowym osiedlu, które znacznie później będzie nazywane np. Starymi Bielanami, albo kupujący Polskiego Fiata 508, radośnie nieświadomi tego, co przyniesie im wrzesień. Kto był świadomy, ten sprzedawał wszystko, co miał, i kupował bilet na transatlantyk w jedną stronę, ale takich wówczas praktycznie nie było.
Moje najważniejsze wspomnienia pochodzą akurat właśnie z tego następnego tygodnia. W pierwszych dniach wojny byłem pochłonięty sprawami osobistymi i zawodowymi. To był akurat sezon studniówek, więc w niejednym liceum gorąco dyskutowano, tak jak w naszym, czy wypada takową obchodzić, skoro w sąsiednim i zaprzyjaźnionym kraju trwa wojna. Z drugiej strony rocznik ówczesnych abiturientów – klasa 2022 – należał do wyjątkowo ciężko poszkodowanych przez los. Byli doświadczeni covidem, lockdownem i pisowską deformą oświaty. Czy wypadało na koniec edukacji fundować im jeszcze taką traumę? O tym w każdym razie dyskutowali wtedy nauczyciele, rodzice i sami uczniowie.