Koalicja kierownika
Tusk: król na równinie. Partia pytań nie zadaje i liczy, że „Donald znów coś wymyśli”
Nie obyło się bez pewnych kontrowersji, chociaż cały proces przebiegł sprawnie. Teraz już tylko trzeba będzie wyłonić skład zarządu krajowego oraz analogicznych ciał w poszczególnych województwach. Większość personalnych ustaleń jest już zresztą dopinanych. Od początku było wiadomo, że wybór Donalda Tuska to czysta formalność. Wystartował jako jedyny kandydat, którego w powszechnym głosowaniu poparło aż 97 proc. członków partii. Potwierdziło się, że Tusk – zwany kierownikiem – ma w swoim obozie status niemalże królewski i jego legitymacja do przewodzenia jest tak oczywista, że w zasadzie nie wymaga ona dodatkowego potwierdzenia. Co mogło tłumaczyć nie tak znowu imponującą, bo 78-procentową, frekwencję w partyjnych wyborach.
Latem 2025 r. nie wydawało się to takie oczywiste. Po przegranej Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich zdolności przywódcze Tuska zostały po raz pierwszy poważnie zakwestionowane. Nagle pojawiły się w mediach całkiem liczne głosy, że stary mistrz powoli traci swój mityczny „słuch społeczny” i coraz wolniej nadąża za współczesnymi trendami. O tyle uzasadnione, że Tusk faktycznie pogubił się na finiszu kampanii i w okresie powyborczym, kiedy do końca nie wiedział, jak odpowiedzieć na powszechne w elektoracie KO wątpliwości co do legalności wyboru Karola Nawrockiego. O jego dezorientacji świadczyła też dosyć chaotyczna rekonstrukcja gabinetu.
Szybko jednak opanował kryzys. Z pewnością pomogło mu to, że nawet partyjnym sceptykom trudno było wskazać jakąś alternatywę dla Tuska. W oczach elektoratu co prawda głównym bohaterem chwilowo stał się Radosław Sikorski, który nigdy jednak w samej Platformie nie miał poważniejszych wpływów, a przede wszystkim był wobec szefa lojalny i wcale nie palił się do zastępowania go na fotelu premiera.