Z okazji 155. rocznicy urodzin Róży Luksemburg (przypada 5 marca, tak jak śmierć Stalina) władze Zamościa zamierzały odsłonić tablicę o treści: „W tym domu mieszkała Róża Luksemburg, wybitna działaczka międzynarodowego ruchu robotniczego”. Wszystko to prawda: Luksemburg urodziła się w Zamościu, działała na rzecz robotników i była wybitna. Na Zachodzie czyta się ją i o niej dyskutuje. Inspiruje różne nurty lewicy: od anarchizmu, poprzez socjaldemokrację, aż po maoizm. W Zamościu turyści z zagranicy często o nią pytają. Można spotkać się z opinią, że jest najbardziej rozpoznawalną postacią historyczną z Polski. Tablicy jednak nie odsłonięto, ponieważ 4 marca w Zamościu zjawili się z interwencją panowie z Instytutu Pamięci Narodowej. Cierpieli na różyczkę.
Tablica na domu Róży Luksemburg wisiała od czasów PRL-u, dopóki w 2018 r. nie zniknęła. Być może miał z tym związek ówczesny wojewoda lubelski Przemysław Czarnek. Znaszli ten kraj, w którym pod osłoną nocy wiesza się krzyże i zdejmuje tablice? Ba. Po ośmiu latach od nadprzyrodzonego zniknięcia władze Zamościa postanowiły być w ciąży do połowy: nowa tablica miała zostać odsłonięta na przekór ciemnym siłom, ale luzem – bez mocowania do ściany. Po interwencji policji historycznej wycofały się nawet z tego. IPN orzekł, że uroczystość odsłonięcia byłaby złamaniem ustawy o zakazie propagowania komunizmu z 2016 r.
Czy Luksemburg była komunistką? Pierwsza partia z komunizmem w nazwie pojawiła się dopiero w roku 1918, a ona została zamordowana przez Freikorps w 1919, więc jeśli była, to z pewnością nie w rozumieniu wspomnianej ustawy. Ale IPN nie odczuwa potrzeby definiowania pojęć, którymi wywija. „Komunizm” to dla niego maczuga do bicia politycznych wrogów. Mamy nań reagować jak pies Pawłowa po terapii inwersyjnej: toczyć pianę z pyska.