Na święta dostaliśmy w prezencie CPN. Chodzi o ceny paliw, które od wybuchu wojny z Iranem wzrosły o 30–40 proc., co mogło zdezorganizować plany rodzinnych podróży, zepsuć nastroje przy świątecznych stołach, zezłościć na bezczynność rządzących, dać, nomen omen, paliwo opozycji. Co prawda premier tłumaczył, że za globalny szok naftowy odpowiada inny Donald T., ale zrobić coś musiał – i tak powstał program o dowcipnej nazwie CPN – Ceny Paliwa Niżej, czyli takiej doraźnej obniżki podatków, aby ceny na stacjach mogły być niższe od rynkowych o przynajmniej 1,20 zł na litrze.
O co możemy się pokłócić
CPN, jak starsze pokolenie pewnie pamięta, to była nazwa-logo Centrali Produktów Naftowych, za PRL państwowego monopolisty w obrocie paliwami, w 1999 r. przekształconego w PKN Orlen. Przywołanie nazwy CPN trzeba uznać za rzadką dziś w polityce autoironię, bo domykająca rządowy projekt zapowiedź ustalania przez ministra codziennych cen maksymalnych to faktycznie czysty PRL. Państwowy Orlen ma tak dominującą pozycję na naszym rynku, że mógłby ceny ustalać sam, ale Tusk chyba dobrze odczytał oczekiwania społeczne, że to rząd ma „okazywać sprawczość”.
Zatem na rodzinne święta jakoś, po cenach z CPN, dobrniemy i pytanie – o co możemy się tym razem pokłócić. Michał Danielewski uważa, że jeśli rodzina nie jest jednolita politycznie, to właściwie można się pokłócić o wszystko, choć główne dziś tematy (wg CBOS: wojny, groźba inflacji, niepokój o przyszłość) i tak prowadzą do nieprzewidywalnego Donalda Trumpa, który rozsiadł się przy wszystkich stołach.
Ale ogólnie – pomijając kwestie rodzinne i zdrowotne, jak choćby dręczące teraz miliony Polaków alergie – świąteczne nastroje w Polsce nie powinny być złe.