Miałam dwa ulubione kostiumy na bale karnawałowe w przedszkolu. Jeden to „Chinka” zwana też „Japonką”: różowy szlafrok ze smokiem, wbite w koczek pałeczki do sushi i długie kreski na powiekach sugerujące skośne oczy. Drugi to „Cyganka”: długa patchworkowa spódnica, kwietna chusta na głowie, duże kolczyki koła i bransolety na rękach. Czułam się wspaniale i jako pięciolatka nie miałam pojęcia, w kogo się właściwie bawię, a moi rodzice nawet sobie nie wyobrażali, że w moich przebraniach może być cokolwiek niewłaściwego. „Cyganka”, „Chinka”, „Indianka”, „Murzynek” stały w tym samym rzędzie co „księżniczka”, „pszczółka”, „biedronka” i „Myszka Miki” – szereg przebrań do wyboru dla małej białej dziewczynki w młodziutkiej III RP, na samym początku lat 90.
Ta dziewczynka poszła studiować kulturoznawstwo, została aktywistką i przygląda się dzisiaj swym zdjęciom z przedszkola jako dowodom w sprawie, tylko z pozoru błahej – kulturowemu przywłaszczeniu. Nie, to nie jest termin zapożyczony od amerykańskich studentów, to pojęcie, które opowiada o cierpieniu zadawanym tym, czyja kultura służy za egzotyczną dekorację. Bo nikt nie chce być redukowany do kilku rekwizytów, stereotypizowany.
Już słyszę ten jęk: „Och, no naprawdę, w d*** się poprzewracało”. Ja wolę mówić, że świat staje się trochę lepszy za każdym razem, kiedy mamy na tyle empatii, żeby jednak nie włożyć bluzki w stylu „cygańskim” ani nie nazywać kogoś „Cyganem” zamiast „Romem”. W słowniku polszczyzny PWN „cygan” oznacza też osobę, która kradnie i kłamie. Co z tego, że to w drugim podpunkcie, skoro osoby, które tak o Romach mówią, mają ten podpunkt zrośnięty z pierwszym, co podsumowuje się argumentami w stylu „w każdym stereotypie jest ziarno prawdy”.