Nie pamiętam czasów, w których doktoranci nie narzekali na swój los. Tym bardziej nie pamiętam (a i najstarsi górale też nie), żeby kiedykolwiek doktorantom działo się tak dobrze, jak dziś. Co nie znaczy, że nie narzekają ani że do jakiegoś stopnia nie mają racji. Mają jej dużo, a stare wygi akademickie w swej chytrości skwapliwie i po gombrowiczowsku im potakują. Zyskują na tym popularność i więcej siły przebicia „na Wspólnej”, czyli w resorcie. Zresztą na uczelniach dawno już zapanowała pajdokracja, czyli władza młodzianków, więc dziekani i rektorzy dogadzają studentom i doktorantom, jak tylko mogą. Nic przeto dziwnego, że apetyty rosną.
Ostatnio dwójka młodych uczonych, Alan Żukowski i Martyna Stępień, poskarżyła się w samym mitycznym „Science” na doktorancką niedolę. Treść skargi nie różni się od wielu podobnych, jakie słyszeliśmy na przestrzeni minionych kilku dekad. Doktoranci mało zarabiają, nie mają przywilejów należnych pracownikom i traktowani są nie dość poważnie. Generalnie to się zgadza.
Problemy biorą się z tego, że status graduate student jest pośredni między studentem a pracownikiem. W Europie tzw. robienie doktoratu to dosłownie „trzeci poziom studiów”. Nie ma więc właściwie powodu, żeby to doktorantom płacić, a nie odwrotnie. A właściwie jeden powód jest, ale nie do wszystkich doktorantów się stosuje. Jest nim wykonywanie pracy naukowej i dydaktycznej. I tu jest pies pogrzebany. Ja go odgrzebię i naruszę tabu.
Otóż doktorat doktoratowi nierówny i nierówny doktorant doktorantowi. Znaczna część doktoratów to prace pisane wyłącznie po to, żeby „zrobić doktorat”, a prowadzone przez doktorantów zajęcia dydaktyczne to w wielu przypadkach nieudolne terminowanie w zawodzie nauczyciela kosztem studentów.