Nie uwierzycie państwo, będzie o streamowaniu. Bez obaw jednak, nie chodzi wcale o Łatwoganga, na ten temat wypowiedziało się już (na oko) 75 proc. współobywateli. Chodzi mi raczej o streamowanie o patologicznym zabarwieniu. Niezorientowanym tłumaczę: patostreaming to działalność internetowa polegająca na transmitowaniu mało chwalebnych aktywności (zażywanie środków psychoaktywnych, wulgarny język, wszelkie formy przemocy). W tle „donejty”, czyli dobrowolne datki dla patostreamera, które bynajmniej nie trafiają potem na konto fundacji walczącej z nowotworami.
Nad problemem pochyliła się niedawno w materiale „Boomerzy z Sejmu” Monika Gawrońska z Polsat News. Rychło w czas, chciałoby się powiedzieć, jednak to nie dziennikarze wykazali się tu najsłabszym refleksem. W programie zaprezentowano m.in. sylwetkę Roberta Pasuta. Po wyemitowaniu materiału platforma YouTube zdecydowała się na usunięcie kanału patostreamera, w znaczący sposób utrudniając jego dalsze ruchy biznesowe. Słowem – szczęśliwe zakończenie.
Niewiele jednak brakowało, a mielibyśmy już za sobą cały łańcuch happy endów. Wystarczyło sprawdzić kalendarz i określić, który mamy rok, albo wyskoczyć w końcu z ciuchów świętoszka-hipokryty. Można się oczywiście zżymać na opóźniony zapłon Polsatu. Wszak Pasut i jemu podobni uprawiają swoją smutną, ale i kasową twórczość od wielu lat. Jak jednak określić postawę platformy, która do tej pory w beztroski, mniej lub bardziej pośredni sposób czerpała zyski z działalności patostreamera?
Określić można by brzydko, ale zamiast bluzgów zaserwuję państwu anegdotę. W 2006 r. pojechałem ze znajomymi na bielawski festiwal reggae (każdy ma coś na sumieniu). Taksówkarz, który wiózł nas z dworca, zapomniał po zatrzymaniu wrzucić ręczny i tylne koło samochodu przetoczyło mi się po czubku stopy.