Po eskalacji związanej z głosowaniem nad wotum nieufności wobec ministry klimatu Pauliny Hennig-Kloski zimna wojna w koalicji przeszła chwilowo w fazę lekkiego odprężenia. Po jednej stronie rządowej żelaznej kurtyny jest Polska 2050, po drugiej reszta koalicyjnego świata i ten stan nie zmieni się już do wyborów. Możliwe, że wyborów wcześniejszych, bo kolejnego zaognienia konfliktu możemy się spodziewać już po wakacjach.
Wkrótce zobaczymy uzupełnienie składu rządu o secesjonistów z klubu Centrum, który uformował się po rozpadzie Polski 2050, choć będzie to zmiana raczej aksamitna, na szczeblu wiceministrów. Co bardziej rozgrzani przedstawiciele formacji Hennig-Kloski fantazjują w rozmowach z mediami o stanowisku minister kultury dla Aleksandry Leo, ale oznaczałoby to kolejny potężny kryzys wewnętrzny w obozie władzy, na który dziś żadna ze stron nie jest gotowa. Tym bardziej że „kalendarz eskalacyjny” jest wszystkim doskonale znany: z otwartą wojną będziemy mieli do czynienia już wczesną jesienią, podczas prac nad przyszłorocznym budżetem. Polska 2050 postawi wtedy wszystkie swoje polityczne żetony na podwyższenie drugiego progu podatkowego ze 120 tys. do 140 tys. zł: to zmiana, którą niosą dziś na sztandarach pod hasłem „4 tys. zł dla klasy średniej”. Twarde stanowisko w tej sprawie zapowiedział kilka dni temu w rozmowie z WP Jan Szyszko, bliski współpracownik Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Propozycja jest nośna, dotyczy ok. 3 mln podatników, w tym części nieoczywistych grup zawodowych, takich jak pielęgniarki i nauczyciele. Szkopuł w tym, że jest również kosztowna, a wygospodarowanie dodatkowych 9 mld zł w napiętym jak struna budżecie może się okazać niemożliwe.
Dla Polski 2050 ten temat może być długo wyczekiwanym pretekstem, aby – posługując się slangiem politycznym – „rzucić szmatą” i wyjść z rządu w roli obrońcy interesów klasy średniej.