AGNIESZKA SOWA: – Po tragicznym ataku niedźwiedzia w Płonnej wybuchła panika. W Morochowie niedźwiedź wystraszył rolnika; władze gminy wnioskują o odstrzał drapieżnika. Samorządowcy z Bieszczad proponują systemową redukcję niedźwiedzi albo ich kastrację. Do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Rzeszowie wpłynęło zawiadomienie o zamiarze trucia niedźwiedzi poprzez wykładanie w lasach zatrutego mięsa. Co się dzieje?
ROBERT MAŚLAK: – Śmierć kobiety zbierającej poroża to był tragiczny, ale losowy wypadek. W ciągu ostatniego stulecia w Polsce zdarzyły się może trzy śmiertelne ataki; ofiary to zbieracze poroży, którzy dosłownie „weszli” na niedźwiedzia. W Europie mamy kilka wypadków rocznie, najczęściej w Rumunii, gdzie ofiarami są pasterze owiec, którzy próbują misia odgonić. Więc to, co się wydarzyło w Płonnej, nie ma nic wspólnego z tym, że niedźwiedzie zbliżają się do ludzkich osad, przyzwyczają do korzystania ze śmietników i resztek pokarmu. Natomiast w dyskursie publicznym jest to łączone i uważam, że to jest celowy zabieg, który ma na celu korzyści o charakterze czysto politycznym.
Jak na Słowacji?
Tam w czasie ostatnich wyborów, które wygrali Fico i nacjonaliści słowaccy, niedźwiedzie były jednym z najważniejszych tematów. Można straszyć imigrantami, LGBT, gender, można i drapieżnikami. Jak poseł Konfederacji Andrzej Zapałowski, który niemal codziennie publikuje zdjęcia i filmiki wilków, niektóre prawdziwe, inne wygenerowane przez AI.
Ale są i tacy, którzy pewnie chętnie by do nich postrzelali?
To jest splot interesów politycznych oraz interesów takich grup, które chcą polować na niedźwiedzie i wilki, bo to jest w środowisku myśliwskim duży prestiż. Dla części myśliwych byłaby to nie lada gratka, gdyby udało się te gatunki wprowadzić na listy gatunków łownych.