Rok temu pisałem na tych łamach o wznowieniu po 60 latach drugiego tomu trylogii Stanisława Lema „Czas nieutracony”. Jest już i trzeci. Pisarz odciął się częściowo od własnego dzieła, uznając tylko pierwszy tom, „Szpital Przemienienia”. W rozmowie rzece ze Stanisławem Beresiem twierdził, że pozostałe dwa na nim wymuszono z powodów politycznych i napisał je tylko celem odblokowania publikacji pierwszego.
W stalinizmie od wszelkiej sztuki, czy to literatury, czy malarstwa, oczekiwano przede wszystkim, by podnosiła obywateli na duchu i motywowała do zwiększania wydajności produkcji. „Szpital Przemienienia” tymczasem kończy się wstrząsającą sceną, w której Niemcy zabijają wszystkich pacjentów tytułowej placówki wraz z personelem, a więc zapewne także głównym bohaterem, młodym lekarzem Stefanem Trzynieckim. Po tej lekturze człowiek nie tylko nie czuje się zmotywowany do pracy, ale wręcz potrzebuje zwolnienia „kacowego”.
Książka zostawia nas w niepewności, czy bohater przeżył – a jeśli tak, to jakim cudem mu się to udało. Współczesna kultura przyzwyczaiła nas do otwartych zakończeń, podejrzewam, że to w dużym stopniu zasługa popularności seriali, w których często się zostawia furtkę dla kolejnego sezonu, ale wtedy to mogło być zgrzytem dla redaktora. Doszły też rzeczywiście względy polityczne, wymuszono więc na Lemie dodanie kilku wątków, przede wszystkim pewnego sympatycznego komunisty. W kapitalizmie nazywamy to „lokowaniem produktu”. Dziś w kolejnym sezonie serialu może się znienacka pojawić sympatyczny inwestor w kryptowaluty.
To zaburzyło narrację, więc choć pozostałe dwa tomy czytają się nieźle na poziomie pojedynczych rozdziałów, nie składają się w spójną narrację. A jednak warto je przeczytać, bo w polskiej kulturze niewiele mamy portretów codziennego życia z lat 1939–56, zwłaszcza pisanych przez naocznych świadków.