Duże zaskoczenie zdających i ich rodziców wywołała forma tegorocznego egzaminu ósmoklasisty z języka polskiego. Wbrew zwyczajom głównym tekstem literackim, do którego odnosiły się pytania, nie był fragment lektury obowiązkowej. Ósmoklasiści pracowali na dwóch materiałach spoza kanonu: na fragmencie „Bajek robotów” Stanisława Lema oraz na eseju Stephena Hawkinga w tłumaczeniu Marka Krośniaka „Czy możemy kształtować naszą przyszłość?”. Wykazać się znajomością treści z listy obowiązkowej też trzeba było, ale w sposób mniej konwencjonalny. Pojawiło się np. polecenie, aby spośród sześciu zdjęć wybrać dwa związane z wątkiem przyjaźni w „Małym Księciu” i uzasadnić swoją decyzję.
Zadanie analizy materiałów, których zdający mogli nie znać, komentatorzy uznali za dobry ruch, ponieważ pozwala ono sprawdzić, na ile uczniowie opanowali umiejętność czytania ze zrozumieniem. Sami uczniowie byli jednak mniej entuzjastyczni. Zwracali uwagę, że na jedno z pytań z gramatyki trudno było udzielić odpowiedzi, która byłaby językowo poprawna i jednocześnie logiczna. Stąd, inaczej niż zazwyczaj, w przeważającej opinii to egzamin z matematyki był tym razem oceniany jako prostszy od polskiego (język obcy w tej konkurencji nie startuje, bo wybierany przez większość angielski jest łatwy zawsze).
Egzamin zdawało 393 tys. uczniów. Zdadzą wszyscy, bo oblać go nie można. Ale to nie znaczy, że młodzi mogą już odetchnąć z ulgą. Niepewność będzie trwać tygodniami. Dopiero 3 lipca będą znane wyniki, a to one w dużej mierze zdecydują o tym, do których szkół ponadpodstawowych nastolatkowie się dostaną. Przy czym ważne będą też oceny na świadectwach ukończenia podstawówki – chodzi np. o przedmioty premiowane przez poszczególne licea. Także pasek na świadectwie, a raczej jego brak, kosztuje rekrutacyjny majątek: siedem punktów na 200 możliwych.