Znów czeka nas awantura o etykę w szkole. Ordo Iuris forsuje w Sejmie obowiązkową alternatywę: albo dwie lekcje religii, albo dwie lekcje etyki. Chodzi o to, że w zdecydowanej większości – w wyniku presji społecznej, warunków organizacyjnych i warunków zaliczenia przedmiotu – rodzice i dzieci wybierać będą religię. Na tym jednak nie koniec. Plan przewiduje, że również lekcje etyki najczęściej prowadzić będzie personel przysposobiony przez uczelnie katolickie, wobec czego indoktrynacja religijna dotrze również tam, gdzie jest niepożądana.
Ten chytry (choć nienowy) plan klerykalizacji szkolnictwa ma wielkie szanse powodzenia nawet nie z powodu licznej obecności integrystów katolickich w Sejmie, lecz z racji ignorancji i naiwności posłów umiarkowanie konserwatywnych, którzy nie rozumieją, czym jest etyka i jej nauczanie, sądząc, że jest to rodzaj oddziaływania wychowawczego, ekwiwalentny w stosunku do wychowania religijnego i niejako zastępujący je w odniesieniu do młodzieży niereligijnej. To całkowity fałsz, a nawet fałsz obłudny i przewrotny. Na tym jednak nie koniec – cała sprawa stoi na absurdalnym założeniu, że nauczanie etyki w szkole jest w ogóle możliwe. O tym, że nie jest i w przewidywalnej przyszłości być nie może, wie zaledwie kilka tysięcy ludzi w Polsce, bo na tyle obliczać można „populację” mającą pojęcie o etyce. Ogół społeczeństwa, łącznie z posłami, pogrążony jest w ignorancji tak głębokiej, że żadna „akcja informacyjna”, nie mówiąc już o moim skromnym felietonie, nie jest w stanie tego zmienić. Mimo to czynię swoją powinność etyka oraz zużytego już nieco aktywisty walczącego o świeckość państwa, i wyjaśniam, co tylko się da, w tych paru wierszach.
Otóż etyka to dyscyplina filozofii zajmująca się moralnością, a zwłaszcza takimi zagadnieniami jak natura i źródła powinności moralnej, relacje między obowiązkami moralnymi a normami obyczaju i prawa, jak również zagadnieniem możliwości uzasadniania nakazów i ocen moralnych.