Kiedy idę po jakiś drobny zakup spożywczy, w osiedlowym sklepie za ladą spotykam białoruskiego dziennikarza, który uciekł do Polski przed reżimem Łukaszenki. Kiedy idę kupić tulipany, spotykam florystkę, która uciekła z Ukrainy i postanowiła spełnić swoje marzenie o układaniu kwiatów, na przekór wojnie i traumie. Na podwórko, przy którym mieszkam, wychodzą tyły restauracji serwującej kuchnię europejską, gdzie pracuje Gizela, Romka. W Fundacji Kraina, w której pracuję z przyjaciółmi nad budowaniem wspólnot, zaledwie pięć minut od mojego domu, spotykają się regularnie przybysze z Ukrainy, Białorusi, osoby pochodzenia żydowskiego, Tatarzy z Krymu, Romowie…
Ostatnio jeden z gości, białoruski projektant, wyznał, że inspirują go ściany naszej przestrzeni. Są gołe, surowe, widać warstwy wcześniejszego malowania. Wcześniej był tam sklep ze słodyczami, a przedtem butik z butami. Nasza część Europy przypomina wiecznie odmalowywaną ścianę, wciąż od nowa. A może to bardziej tu chodzi o uchwycenie jakiegoś momentu, który zawsze jest niepełny? Jedna warstwa sugeruje pełnię, ale pod spodem jest tyle innych. Jedno spojrzenie sugeruje prawdę, ale jest tyle spojrzeń.
Nic nie opowiada o tym lepiej niż fotografia – dociera to do mnie, kiedy gapię się na zdjęcie Pawła Starca z Dolnego Śląska na wystawie „Możliwy układ” podczas krakowskiego Miesiąca Fotografii. W tym roku temat to „Unreal estate: granice, splątania i niedokończone historie”. Na Śląsku warstwy opowieści widać wszędzie: na fasadach kamienic, w krajobrazie, na szyldach sklepów. Nie da się udawać, że tu wcześniej nie było innych języków, innych spojrzeń. Widać, że naklejamy coś ciągle w tych samych miejscach, uparcie malujemy rzeczywistość w czarnych lub różowych barwach.
Roland Barthes pisał w „O fotografii” o tzw.