Wygląda na to, że po odwołaniu w referendum Aleksandra Miszalskiego gorączka polityczna zaczyna nieco spadać. Po pierwsze, sierpniowe przyspieszone wybory reklamowane jako sparing przed bitwą o Sejm mogą wymknąć się z tego schematu ze względu na lokalną słabość KO i PiS oraz ich kłopoty z wyłonieniem kandydatów. Po drugie, prorokowana fala kolejnych referendów w największych miastach na razie wydaje się dość mizerna. Inicjatywy odwoławcze (na razie tylko na poziomie wniosków w radzie miasta) pojawiły się jedynie w Rzeszowie i Gliwicach.
Kolejnych referendów wykluczyć oczywiście nie można, ale prof. Rafał Chwedoruk, politolog z UW, jest sceptyczny co do ich znaczącego wpływu na politykę ogólnokrajową: – Polskie ustawodawstwo wymaga od inicjatorów zebrania stosunkowo niewielkiej liczby podpisów, zaś same referenda mają niskie progi frekwencyjne, więc mogę sobie wyobrazić podobne plebiscyty w Białymstoku, Rzeszowie czy niektórych mniejszych miastach. Jednak nawet gdyby takich inicjatyw było więcej, nie będzie to oznaczać trwałej zmiany preferencji wyborczych na poziomie krajowym.
Do przeprowadzenia referendum należy zebrać podpisy 10 proc. uprawnionych do głosowania; aby było ważne, musi wziąć w nim udział co najmniej 60 proc. liczby osób biorących udział w wyborze odwoływanego organu, czyli np. w drugiej turze wyborów prezydenckich. Jednak mimo niskich wymagań do „buntu miast” potrzeba czegoś więcej niż politycznego sygnału z centrali tej czy innej opozycyjnej partii. W Krakowie zapalnikiem było nieudolne wprowadzenie Strefy Czystego Transportu i bardzo mocny (zarówno politycznie, jak i finansowo) niezależny gracz w postaci Łukasza Gibały, który jest głównym faworytem do zwycięstwa w sierpniowych wyborach.
Faktem jest jednak, że w metropoliach narasta napięcie między istotnymi grupami mieszkańców a samorządowym establishmentem, skupionym zazwyczaj wokół KO, choć niekoniecznie zawsze z legitymacją partyjną w kieszeni.