Rośnie nam apetyt na zasięg. MON zamawia polskiego Gladiusa-2. Rosja ma czuć strach
Na komputerowym obrazku zza chmur wyłania się tajemniczy trójkąt – wedle zapewnień producenta dokładnie tak wygląda odrzutowe „skrzydło” latające na setki kilometrów, pierwszy tego rodzaju system uderzeniowy dalekiego zasięgu polskiej konstrukcji zamówiony przez MON. To ważny przełom.
Czytaj także: Pierwsze drony zestrzelone. Jak zmieni to zadania wojska, postawę władz i życie ludzi?
Saturacja systemu
Deep precision strike (DPS) – to dziś jeden z głównych obszarów wysiłku technologicznego, przemysłowego i zbrojeniowego Europy. Po prawdzie dotyczy to też USA, które mają „znane i lubiane” środki dalekiego precyzyjnego rażenia (np. pociski manewrujące Tomahawk), tyle że są one potwornie drogie, a skomplikowana produkcja za długo trwa. Wojna Rosji z Ukrainą i – szczególnie – kampania bliskowschodnia przeciwko Iranowi pokazały, że uderzenia z dystansu na punktowo wybrane cele są tym, co pozwala zademonstrować wojskową siłę (czasem przewagę), osłabić (przynajmniej lokalnie) zdolności militarne, przemysłowe i technologiczne przeciwnika oraz zablokować kluczowy dla światowego handlu ruch w geograficznych wąskich gardłach.
Dziś wszyscy na świecie szukają więc odpowiedników irańskich Szahidów, ukraińskich Flamingów lub amerykańskich Tomahawków. Oprócz samej precyzji kluczowa stała się bowiem możliwość zastosowania broni na masową skalę. Chodzi o taką liczbę środków napadu powietrznego, która zdoła przeciążyć każdą obronę przeciwlotniczą – nawet tę będącą priorytetem inwestycyjnym wielu państw.
Nazywa się to saturacją systemu, czyli takim rozproszeniem i rozmnożeniem zagrożeń, by radary i wyrzutnie obronne wywiesiły białą flagę bezradności – strzelając, bez gwarancji zestrzelenia wystarczającej liczby powietrznych celów.