Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Triaż, głupcze!

Zamiast medycyny mamy biurokrację, układy, konflikty i sporo przypadku. Oj, trzeba mieć zdrowie, żeby chorować!

W światowym użyciu niewiele jest słów i akronimów francuskich. Udało się Francuzom narzucić nam „tira” (od Transport International Routier – konwencji dotyczącej międzynarodowych przewozów drogowych) oraz „triaż” (triage), które to słowo ogólnie znaczy „sortowanie”, a w świecie medycznym odnosi się do ustalania pierwszeństwa pacjentów w dostępie do świadczeń medycznych.

Najczęściej dotyczy to sytuacji nagłych, a więc oznaczania kolorami osób poszkodowanych w katastrofach albo monitorowania poczekalni na szpitalnych oddziałach ratunkowych (SOR). Wdzięczne słówko staje się coraz bardziej popularne, wypierając okropną „selekcję pacjentów”. Ba, pojawiła się nawet firma świadcząca usługi transportu medycznego nosząca nazwę Triage!

Jeśli zdejmiemy z tego słowa nimb grozy, łatwiej nam będzie zrozumieć, że cały system ochrony zdrowia opiera się na triażu. Tu błędy, czyli szybsze udostępnianie świadczeń tym pacjentom, którzy mogliby jeszcze poczekać, kosztem innych, którzy potrzebują ich bardziej, prowadzą do licznych przedwczesnych zgonów. Bo patrząc z perspektywy zdrowia publicznego i epidemiologii, medycyna to unikanie zgonów, których uniknąć można.

Politycy, urzędnicy, a nawet sami lekarze często nie doceniają tego, jak wiele zależy tu od instytucjonalnych „bramek” w skali mikro i w skali całego kraju. Jeśli bramki, przez które przeciskają się pacjenci potrzebujący dobrej diagnostyki, dobrego leczenia i dobrej rehabilitacji, są ustawione przypadkowo, szersze bądź węższe bez wyraźnej przyczyny i niepowiązane w jeden ciąg proceduralny, to leczenie staje się biegiem przez płotki i slalomem, w którym do mety często dobiegają najsilniejsi, najlepiej ustosunkowani, najbardziej zdeterminowani i najzamożniejsi.

Polityka 24.2026 (3568) z dnia 09.06.2026; Felietony; s. 88
Reklama