Uważa się, że myśli, które lęgną się w głowach ludzi takich jak Robert Bąkiewicz czy Przemysław Czarnek, to dno i dowód umysłowej zapaści. Ale audyt Izby Skarbowej dotyczący pisowskiego Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej pokazuje, że ta myśl ma się dobrze i śmiało przekracza kolejne granice.
Z audytu wynika, że Instytut nadzorowany przez ministra kultury Piotra Glińskiego w latach 2020–23 wydał 94 proc. środków niezgodnie z umowami i bez sensu na projekty, których nie zrealizowano (Muzeum Dziedzictwa Chrześcijańsko-Narodowego), oraz na pamiątki związane z Ignacym Paderewskim, które miały „nikłą, wręcz zerową, wartość artystyczną” i nijak nie dało się ich z Paderewskim powiązać. Jaka myśl zrodzona w głowach Glińskiego i Jana Żaryna, dyrektora Instytutu, stała za tymi zakupami, wyjaśni prokuratura.
O tym, że była ona narodowa, świadczy historia sprowadzenia do Polski fortepianu przedstawianego jako bezcenna pamiątka po wielkim Paderewskim. Za dowód autentyczności fortepianu uznano wysoką cenę oraz zapewnienia Szwajcara, który go sprzedawał, że należał do Paderewskiego, dlatego trudno się Żarynowi i Glińskiemu dziwić, że chcieli go dla Polski nabyć. Z ustaleń dziennikarzy wp.pl wynikało, że Paderewski nie miał z fortepianem nic wspólnego i nawet przy nim nie stał, ale nie dano im wiary. Pieniądze i tak już zostały wydane, poza tym skąd można wiedzieć, przy jakim fortepianie Paderewski stał czy nie stał?
Nawet jeśli istniały fotografie, na których stoi sam fortepian bez Paderewskiego, zgadzam się z Glińskim i Żarynem, że to słaby dowód, bo Paderewski mógł stać dalej, tak że obiektyw go nie objął. Zresztą jeśli kupiony fortepian nie miał nic wspólnego z Paderewskim, gdy ten żył, to nie wykluczam, że Żaryn i Gliński planowali go w imieniu narodu przekazać pośmiertnie Paderewskiemu, aby ostatecznie rozwiać wątpliwości, do kogo należy, tylko nie zdążyli.