„Ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim” – pisał poeta. A ja za cholerę nie wiedziałem, co też miał na myśli. Jak to „oddałem”, skoro ona raczej daje? I jak to „nikim”, skoro Kaczorowie, krewni pani Ani i Marka z klatki obok, już od dawna w Czikago, syci i szczęśliwi. Gdy ich dzieci przyjeżdżają na wakacje do kuzynów, to mówią, że takie bloki jak nasz to u nich regularne slumsy. Dziwią się, że tu raczej sami porządni i wypachnieni ludzie.
Był bowiem taki czas, w którym „Ameryka”, na przekór kartografii, nie oznaczała kontynentu ani państwa. Była miłą marą, obłokiem z waty cukrowej krążącym nad postgierkowskim osiedlem. Jeśli dorastałeś w transformacyjnej Polsce, mogłeś nawet odnieść wrażenie, że Ameryczka to po prostu państwo ościenne. „Hej, hej, NBA!” rzucane z ekranu przez Włodzimierza Szaranowicza, „MacGyvery” i „Drużyny A” na Polsacie (co z tego, że w Stanach były już mocno przechodzonymi hitami z lat 80.), premiery kinowe, na które nie trzeba już czekać kilka lat, a jedynie kilka miesięcy. Do tego telewizja satelitarna czy kablówka, MTV i Cartoon Network. Przestaliśmy być góralami pielgrzymującymi za wielką wodę. Ameryczka była tutaj.
A jednak czasem się człowiek rozejrzał po okolicy. Targ, na którym „ruscy” (prawdopodobnie jednak Ormianie) handlują sprzętem AGD zagadkowej proweniencji. Żuk załadowany po szczyt plandeki ziemniakami. Kolega, którego nie stać na porządne buty do gry w piłkę. W Ameryce czegoś takiego nie ma, tam ludzie przeżywają przygody, a policjanci służą radą i wcinają pączki oponki (nikt nie mówił przecież „donuty”). Tęskno nam było do Ameryki, choć nie mieliśmy nawet pewności, czy istnieje. Pamiętam rozmowę z tatą z 1994 r.