Długa i kręta była droga lekarza na wyżyny autorytetu i społecznej hierarchii. Choć już średniowiecze obdarzyło go tytułem doktora, to niewiele mógł z Galenem i Awicenną pod pachą zdziałać dla pacjentów, a nieraz i chirurg golibroda potrafił więcej od niego. W czasach prawie już naszych, gdy medycyna popłynęła na fali oświecenia, stając się in spe nauką (na dobre stała się nią dopiero w XX w.!), było już nieco lepiej, ale nie aż tak dobrze, by zadowolić aspiracje pani Bovary. Więcej o lekarzach literatura pozostawiła nam facecji niż chwalebnych świadectw.
Dopiero wielkie wojny i jeszcze większy przemysł XIX w. uczyniły z medycyny i z lekarskich korporacji potęgę, a lekarz wojskowy i lekarz fabryczny stali się prefiguracją lekarza państwowego, obiecanego i danego ludowi przez początkującą demokrację. Na wpół militarne systemy zdrowia publicznego, nastawione na zwalczanie epidemii i tworzenie szpitalnego zaplecza dla armii, przeistoczyły się w narodowe służby zdrowia. A nie byłoby to możliwe, gdyby nie spektakularny postęp, trwający już co najmniej półtora stulecia. Lekarze zaczęli naprawdę leczyć, a ich sztuka nabrała ceny, wymiernej finansowo i politycznie. Od stu lat żadne państwo i żadna partia polityczna pragnąca sprawować władzę nie może pozwolić sobie na zadzieranie z lekarskim establishmentem. Ba, nawet dyktatorzy muszą się z lekarzami liczyć, bo tyran też musi kiedyś zachorować.
Wszyscy staliśmy się pacjentami – rodzimy się nimi i umieramy. Całe nasze życie jest w rękach lekarzy, a ich władza sięga wnętrza naszych ciał i naszej egzystencji. Przed lekarzem nawet królowa angielska staje naga, a jego rozkazów musi słuchać nawet cesarz. Wielcy lekarze otrzymali to, co im się należało i czego pragnęli – prestiż niemal równy arystokracji i niewiele mniejsze pieniądze.