Między gongami
Rok z Nawrockim. Radykalny, brutalny i przewidywalny. Nietrudno rozszyfrować jego dalsze kroki
Wprowadzając się do pałacu, pozostawał zagadką nawet w oczach własnego obozu politycznego. Najwyższy urząd obejmował człowiek, który wcześniej nie pełnił wybieralnych funkcji, wchodząc do świata polityki od razu od samej góry. Jego politycznych zdolności i cech osobowościowych można się było na samym początku co najwyżej domyślać.
Ale mija właśnie pierwszy rok prezydentury i można odnieść wrażenie, że właściwie wszystko już wiadomo. Nawet jeśli to wciąż dopiero początek kadencji i nie wszystkie karty zostały odsłonięte. Wcześniejsze intuicje przeważnie się jednak potwierdziły. Na czele państwa stanął polityczny radykał, który w swoim radykalizmie okazuje się zaskakująco przewidywalny, wręcz schematyczny. I z tego powodu nietrudno rozszyfrować dalsze kroki Karola Nawrockiego, przynajmniej w obrębie dających się dzisiaj wyobrazić scenariuszy.
Jego ludziom coraz trudniej budować więc suspens wokół kolejnych decyzji prezydenta. Chociaż nieustannie próbują. To w końcu utrwalony od dawna rytuał, że kiedy głowa państwa dostaje do podpisania jakąś sporną ustawę, powinna pogrążyć się w rozmyślaniach, co z tym fantem zrobić, wyważyć wszystkie racje i podjąć na koniec odpowiedzialną decyzję.
Ale teraz stawianie figury zafrasowanego męża stanu już nie ma większego sensu, skoro właściwie z góry można przewidzieć, co będzie na końcu. Jak tylko Nawrocki zaczyna dawać do zrozumienia, że się waha, czy podpisać rządową ustawę, od razu śmiało można obstawiać, że nie podpisze. Nawet treść uzasadnienia wygląda później tak, jakby je pisała sztuczna inteligencja. Jedyny bodaj wyjątek to podpisana ustawa o Państwowej Inspekcji Pracy. Chociaż nie był to wyraz jakiejś szczególnej łaskawości wobec rządu, lecz konieczność wyboru pomiędzy perspektywą bliższą linii PiS oraz konfederacką.