Teren jest duży, ogrodzony i dobrze widoczny. Leży przy skrzyżowaniu ruchliwych ulic w południowej dzielnicy Warszawy. Łatwo tam trafić – metalowy słup energetyczny podtrzymujący napowietrzną linię wysokiego napięcia widać już z daleka. Na kompleks składa się główny korpus z wielopiętrową częścią centralną, oddalony od niego niski budynek, ponadto miejsca postojowe na świeżym powietrzu i zadaszony parking o kilku kondygnacjach. Niczego tu nie brakuje: na zewnątrz działają pizzeria i sklep z akcesoriami, na terenie znajduje się apteka, a w głównym korpusie – mała gastronomia, toalety i paczkomat. Ruch jest tu zawsze nasilony: jedne samochody wjeżdżają, drugie wyjeżdżają, ludzie wchodzą i wychodzą, każdy dokądś dąży. Mimo pozorów chaosu wszyscy poruszają się po ściśle określonej trajektorii, prowadzącej ich w miejsca, do których powinni dotrzeć.
Tym miastem w mieście jest Narodowy Instytut Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie. Wszyscy się go boją, przynajmniej na początku. Omija się go, dopóki można, także wzrokiem. Z obawy, że rzucone nań spojrzenie sprawi, że w magiczny sposób obiekt ten dostrzeże nas. Przyciągnie do siebie, uzna za swoich. Że to, co się tam dzieje, zacznie nas dotyczyć osobiście. Mówiąc najprościej – obawiamy się, że zachorujemy. I spora część z nas rzeczywiście zachoruje, nawet jeśli ani razu nie spojrzała na Centrum Onkologii. Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów w Polsce notuje się rocznie ok. 190 tys. zachorowań na nowotwory złośliwe i liczba ta z roku na rok rośnie. Obecnie z chorobą nowotworową zmaga się około 1,17 mln Polek i Polaków. Oznacza to, że ok. 440 osób na każde 100 tys. ma zdiagnozowany nowotwór złośliwy. Jedni wychodzą z choroby, innym się nie udaje. Na raka umiera co roku ok. 100 tys. osób. Jest on przyczyną ponad jednej czwartej zgonów w Polsce.