Wrócę do tematu manosfery, bo wyszedł nowy raport na temat tego zjawiska, przygotowany przez fundację Equimundo. A ja uważam, że nie tylko w mediach o tym ciągle za mało się mówi, ale co gorsza, gdy się mówi – to od złej strony. Media uwielbiają pytanie: „Co to o nas mówi jako o społeczeństwie?”. To kanon dziennikarskiej sztampy, razem z białym szaleństwem w zimowej stolicy Polski (gdy zima znów zaskoczyła drogowców). Byłem na setkach kolegiów redakcyjnych, gdzie nad tym debatowano, przy czym chodzić mogło o wyniki wyborów, notowania listy przebojów albo nowy smak gumy do żucia.
Zazwyczaj siedziałem cicho, bo moja odpowiedź nikomu się nie podobała. Filozofia marksistowska jest mi na tyle bliska, że wyznaję zasadę: gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o triadę: kapitał – wyzysk – wartość dodatkowa. Zanim zaczniemy analizować „zjawiska społeczne”, sprawdźmy, czy ktoś ich nie kreuje dla kasy.
Nie wiem, czy fundacja Equimundo to marksiści, ale opisują manosferę właśnie w ten sposób. Jest to brudny, ale bardzo dochodowy biznes, w którym ideologia nienawiści do kobiet jest produktem, a nie „ruchem społecznym”. Media tymczasem wolą pytać: „Co nam to mówi o kryzysie męskości?”. Im dalej ktoś jest na prawo, tym szybciej przechodzi do pytania: „Czy feminizm nie posunął się za daleko?”. I wychodzi nam z tego standardowy tekst typu: „Manosfera może ma swoje złe strony, ale pogrążeni w kryzysie mężczyźni jej potrzebują, bo feminizm posunął się za daleko” (media często zapraszają przy tym jakiegoś „obrońcę praw mężczyzn” w roli samozwańczego eksperta).
Ze względu na wiadomą filozofię uważam, że wiele „potrzeb” w kapitalizmie kreowanych jest sztucznie.