Uciekający Marcin Romanowski, były pisowski wiceminister sprawiedliwości, uległ pewnemu rozmyciu lub rozproszeniu. Jeśli w ogóle gdzieś się znajduje, nie jest jasne, na ile i w jakim stopniu. W chwili, gdy piszę ten tekst, z informacji premiera Tuska pochodzących od zagranicznych służb specjalnych wynika, że Romanowski na 99 proc. jest w Tyraspolu (Naddniestrze), tzn. w miejscu, które wskazał we wniosku o wydanie listu żelaznego. Gdzie znajduje się w pozostałym jednym procencie, nikt nie wie.
Badania wniosku wysłanego z Tyraspola stwierdziły wprawdzie obecność śladów biologicznych Romanowskiego, ale nie stwierdziły obecności w tym mieście samego Romanowskiego. Prokuratura nie potwierdza, jakoby okoliczność, że przebywa on tam faktycznie, „została uprawdopodobniona”. „Z materiału dowodowego nie wynika, aby Marcin Romanowski przebywał na terenie Naddniestrza. Nie wynika również, żeby tam nie przebywał” – stwierdził rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Ponieważ Romanowski używa wydanych przez nie wiadomo kogo dokumentów na nie wiadomo jakie nazwisko, trudno ustalić, czy faktycznie przebywa tam, gdzie deklaruje, że przebywa. Jego oświadczenie, że znajduje się w Naddniestrzu, jest zdaniem prokuratury niewystarczające, zwłaszcza w świetle uzyskanych przez śledczych informacji, że w ciągu ostatnich pięciu lat nie przekroczył granicy Mołdawii, Rumunii ani Ukrainy, co oznacza, że nie dotarł do Naddniestrza jako Romanowski (chociaż mógł się tam dostać jako nie-Romanowski).
Prokuratura zamierza we współpracy z Mołdawią ustalić, czy znajduje się on faktycznie na terenie Naddniestrza jako Romanowski lub nie-Romanowski. Z ustaleń „Gazety Wyborczej” wynika, że pomagają mu w Naddniestrzu polscy księża sercanie.